Po raz kolejny zawiodłem się na polskim społeczeństwie. Wydawało się, że niesieni kwietniowym wzrostem świadomości narodowej czerwcowe wybory będą biły wszelkie rekordy frekwencji. Tymczasem okazało się, że Polacy jak zawsze wznieśli się na całkiem nowe wyżyny jeżeli chodzi o użalanie się nad własnym tragicznym losem, a w obliczu możliwości wykazania pozytywnego ruchu w kierunku w pełni demokratycznego i obywatelskiego społeczeństwa stać nas było na mizerną średnia. I nie ma co się pocieszać, że wynik na poziomie 50% jest często spotykaną średnią w krajach zachodnich i że to i tak dużo jak na nasze możliwości. Uważam, że celem społeczeństwa tak dumnego ze swojej drogi do wolności, powinna być czołówka stawki, a nie zadowalanie się miejscem w środku tabeli. Zawsze przy okazji tego typu fiaska frekwencyjnego zastanawiam się jaka jest przyczyna takiej niechęci Polaków do głosowania. Nie głosuję bo… no właśnie dlaczego?
Nie głosuję bo nie ma kandydata, który by mi odpowiadał – w wyborach wybieramy swoich przedstawicieli, pojedyncze jednostki, który na skutek werdyktu społeczeństwa mają reprezentować ogół. Jak wiadomo, nikt lepiej nie zaprezentuje naszych poglądów niż… my sami. Z przyczyn technicznych jednak ciężko sobie wyobrazić kraj rządzony przez 40 milionów ludzi. Dlatego też wybór władz, jak każda inna decyzja w życiu, jest efektem mniej lub bardziej wypracowanego kompromisu. Twierdzenie, że spośród N kandydatów nie ma nikogo, kto chociaż w minimalnym stopniu prezentowałby chociaż jeden pogląd zbieżny z moim własnym jest delikatnie mówiąc mało wiarygodne i nieprawdopodobne. Zresztą demokracja, z cała swoją ułomnością, przewiduje także opcję dla takich indywidualności – nic nie stoi na przeszkodzie, aby samumu wystartować i zagłosować na samego siebie. Odsuwając jednak na bok żarty i mało realne scenariusze – trzeba mieć bardzo dużej złej woli aby odwoływać się do tego argumentu przy decyzji o nie pójściu na wybory.
Nie głosuję bo mój głos nic nie zmienia – bzdura, którą powtarza mnóstwo ludzi, ale chyba tylko nieliczni z nich naprawdę w to wierzą. Dla zdecydowanej większości jest to zgrabna przykrywka dla zwyczajnego lenistwa, o którym szerzej nieco niżej. Dla tych, którzy autentycznie nie mają wiary w siłę sprawczą swojego głosu organizowane są wszelkiej maści akcje społeczne zachęcające do udziału w wyborach. W mojej opinii uderzają one jednak w złą nutę. Jestem przekonany, że jedna sprawnie przeprowadzona akcja pod hasłem “Rodaku – nie pozwól aby Twój sąsiad wybrał za Ciebie prezydenta” przyczyniłaby się do gwałtownego wzrostu świadomość społecznej i obywatelskiej Polaków.
Nie głosuję bo nie mogę – pomijając przyczyny obiektywnie niezależne od nas, które rzeczywiście często uniemożliwiają nam udział w wyborach istnieje przecież szereg pozornych przeszkód, które da radę przezwyciężyć wykazując jedynie odrobinę woli i chęci działania. Rolą ustawodawcy jest zadbanie o to, aby każdy obywatel miał możliwość wyrażenia swojej opinii w postaci kartki do głosowania. Temu celowi służy liczebność lokali wyborczych, komisje otwierane w największych skupiskach polonii, a ostatnio nawet w popularnych kurortach turystycznych na całym globie. Dlatego wydłuża się godziny otwarcia lokali, organizuje głosowania dwudniowe, umożliwia głosowanie przez przedstawiciela itp. Ułatwień jest naprawdę sporo – wystarczy tylko chcieć z nich skorzystać. Inną sprawą jest to, że istnieją na scenie politycznej ugrupowania, które mogą celowo dążyć do zniwelowania frekwencji, gdyż działa ona na ich niekorzyść, ale to jest już temat na oddzielną dyskusję. Podsumowując – czasem trzeba się naprawdę postarać, aby nie móc zagłosować.
Nie głosuję, bo nie ważne kto rządzi i tak jest tak samo źle – przyznaję, że czasem bezpośredni wpływ działań rządzących na nasze codzienne życie jest trudny do uchwycenia. W setkach ustaw i rozporządzeń, które przechodzą przez parlament czasem trudno jest znaleźć coś, co w dotyka pojedynczego obywatela – zazwyczaj są to zapisy i abstrakcyjne regulacje prawne, które ciężko przełożyć na język spraw codziennych. Ten dysonans jest jednak tylko pozorny. Wszystko jest w porządku dopóki owe zapisy nie dotkną nas bezpośrednio, a prędzej czy później każdy obywatel styka się z prawem. Nie przyczyniając się do wyboru przedstawicieli wyrzekamy sie prawa do decydowania o własnym losie. Jeżeli rzeczywiście jest tak źle jak mówisz, zrób coś aby było lepiej, albo przynajmniej nie gorzej. W przeciwnym wypadku nie dziw się jak pewnego dnia obudzisz się w kraju, który z “niewiadomych” przyczyn nie odzwierciedla Twoich oczekiwań.
Nie głosuję bo nie interesuję się polityką – Nikt nie każe każdemu obywatelowi śledzić sondaży, uczyć się na pamięć programów wyborczych ani oglądać transmisji z obrad sejmu. Nie ma przymusu uczestnictwa w wiecach wyborczych, czytania analiz i opinii ani prowadzenia dyskusji o polityce przy obiedzie. Nie zmienia to jednak faktu, że brak zainteresowania nie może być wymówką. Zresztą brak ten jest czysto pozorny – czy można z czystym sumieniem powiedzieć, że nie obchodzi Cię ile zapłacisz podatku, gdzie pójdziesz się leczyć albo czego będą się uczyły Twoje dzieci w szkole? Można nie pasjonować się polityką ani politykami, ale skutki ich działań jak najbardziej leżą w sferze zainteresowania każdego z nas. Będąc obojętnym wobec wyborów nie dziwmy się później, że inni przejdą obojętnie obok Twojego zdania czy interesu.
Nie głosuję bo jestem przeciwnikiem ustroju – ulubiony frazes anarchistów, nihilistów oraz innych “istów”, wszelkiej maści zwolenników spiskowych teorii dziejów, zagorzałych przeciwników d***kracji, ludzi idących pod prąd, w poprzek prądu, nie wierzących w prąd i dumnych ze swojego rewolucyjnego podejścia do życia. Szanuję takie poglądy, ale kompletnie się z nimi nie zgadzam. Wydawałoby się, że tak zdecydowany i górnolotny sprzeciw wobec otaczającej nas rzeczywistości wymaga równie energicznych i heroicznych działań ma rzecz obalenia tegoż ustroju. Problem w tym, że jedynym rewolucyjnym krokiem podejmowanym przez tego typu ludzi jest bojowe siedzenie w domu i co najwyżej wygłaszanie podniosłych, niestety nie zawsze cenzuralnych, haseł na forach i blogach. Skoro rzeczywiście w naszym społeczeństwie jest aż tylu anty-cośtam “aktywistów” czekam z utęsknieniem na wybory, w których przy frekwencji na poziomie 90% ilość nieważnych głosów przeważy te ważne – to dopiero byłaby próbka autentycznie wyrażonej niechęci. W międzyczasie proponuję tego typu argumentację włożyć tam, gdzie jej zwolennicy rzekomo mają demokrację.
Nie głosuję bo mi się nie chce – z takim argumentem, rzeczywiście trudno dyskutować. Z lenistwem nie można walczyć racjonalnymi argumentami, ale można zastosować mniej lub bardziej delikatną perswazję. Jestem daleki od wprowadzania przymusowego głosowania pod groźbą kar – to zahaczałoby o ograniczanie wolności osobistej i stanowiły by jedynie wodę na młyn dla wyżej wymienionych zagorzałych przeciwników ustroju. Z drugiej strony nie miałbym nic przeciwko temu, aby nagradzać tych, którzy jednak się decydują uczestniczyć w demokracji. Jak wiadomo każde wybory to konkretny wydatek z budżetu państwa, wydatek pokrywany z podatków, które każdy z nas płaci. Sugerowałbym w latach wyborczych nałożyć dodatkowy, nawet symboliczny podatek pokrywający koszt zorganizowania wyborów. Każdy uczestnik głosowania byłby rzecz jasna zwalniany z konieczności uiszczania takowej opłaty. Pełen wiary we wrodzone skąpstwo moich współobywateli jestem przekonany, że tego typu delikatna zachęta drastycznie przyczyniłaby się do zmniejszenia liczebności krypto-leni w naszym społeczeństwie. W końcu mieć 5 złotych a nie mieć 5 złotych to 10 złotych różnicy…
Z pewnością pominąłem cały szereg powodów, dla których przeciętny Kowalski nie idzie na wybory. Moim marzeniem jest jednak to, aby tego typu ludzie zamiast dorabiać ideologie i wymówki do swojego działania poświęcili ten czas na choćby chwilę zastanowienia i wrzucenie karty do urny. To tak niewiele kosztuje, a tak wiele o nas świadczy. O nas samych z osobna jak i całym społeczeństwie…


Komentarze
Pokaż komentarze (11)