UWAGA! Poniższa notatka ma w zamyśle oddać klimat festiwalu, taki jakim ja go odczułem. Publicznośc to w zasadzie wyłącznie kompozytorzy i ich znajomi, jacyś ambitni i poszukujący muzycy, plus trochę dziennikarzy, muzykologów itp. Do tego pojedynczy przedstawiciele tzw. anonimowej publiczności, jak np. ja (czyli ludzie, którzy jednak coś pisują, gadają na jakiejś antenie, choćby internetowej itp.). Ludzie, z którymi ja się stykałem, mówili właśnie takim językiem, jakim przemawia moja recenzyjka...
Finał festiwalu boski: Index of metalsFausto Romitellego, wykonany w Filharmonii. Rodzaj opery, ale tylko z jedną śpiewającą laską i z projekcjami video w tle. Przekonałem się, że wcześniej przeważnie to nie ja byłem głupi, tylko kompozytorzy chujowi (przepraszam :) - i dlatego przysypiałem na wykonaniach kolejnych gniotów na fortepian i elektronikę itp. Romitelli genialny, publiczność autentycznie rozentuzjazmowana. Hiper-wyrafinowana robota, łącząca spektralizm z... silną inklinacją rockową. Wiele naprawdę fajnych fragmentów. Fuckin' genius!
Jako dyscyplina artystyczna muzyka współczesna zdaje się mieć obecnie wszystko pod sobą (pod względem złożoności, wielostronności, żywotności itp. - omija ją wszechobecny "kryzys sztuki" czy inne "wyczerpanie"; nie musi uciekać w "intertekstualność" i inne protezy, o ile artysta jest zdolny nad taką materią zapanować - co nie jest łatwe). Wpadł mi też w ucho David Berezan - profesorstwu z Akademii Muzycznej się nie podobał. Również występ Roberta Piotrowicza, muzyka 'post-metalowego' parającego się obecnie elektroniką i eksperymentem, raczej ich zaszokował. Dla mnie był cymes :) Z dużą przyjemnością słuchałem, jak znajomy i niestary jeszcze muzykolog porównał jego (Piotrowicza) podejście do formy z podejściem Lutosławskiego (swojego boga muzyki). Chyba jeszcze parę lat temu byłoby to niemożliwe...


Komentarze
Pokaż komentarze