Skoro już się nieco nabzdyczyłem na blogu Sanoviusa (pewnie sympatycznego koleżki, tym bardziej szkoda żem go w sumie zrugał), dorzucę dla równowagi kilka (w zamierzeniu) szkicyków czy impresyj na temat muzyki współczesnej - że niby ani ona taka straszna, ani zła - a wręcz i ładna bywa.
Witold Szalonek przeszedł artystyczną drogę przez mękę, na której postawił kompozytorów wiek XX - i którą pokonać mogli tylko najwięksi twórcy. Żeby to zrozumieć, trzeba sobie zdać sprawę, od czego kompozytorzy współcześni, czyli umownie po II wojnie, zaczynali. Jak i trzeba ogarnąć to, co ostatecznie stworzyli - muzykę nową, oryginalną, wysoce twórczą i wymagającą.
Trudne początki muzyki współczesnej, tej powojennej, można określić oklepanym ale wciąż treściwym hasłem "sztuki po Auschwitz". Co tu robić? Co w ogóle można i należy robić? Wyczerpanie materiału kompozytorskiego zdawało się odpowiadać wyczerpaniu i pognębieniu powojennego świata. W jakiś sposób przecież te rozmaite nurty życia, jak muzyka, literatura, polityka i systemy gospodarcze, technologia itd. itp. - biegną równolegle, uzupełniają się czy wzajemnie się objaśniają. Muzyka NIE MOGŁA więc być gałęzią KWITNĄCĄ w czasach, gdy świat ogarnęła pożoga - no i nie była. Była przyschnięta czy wręcz obłamana. Z żywych nurtów muzyki międzywojnia, które mogły stanowić nowy punkt wyjścia, możemy wymienić witalny prymitywizm Strawińskiego i Bartóka (z czasem wyrafinowany w późnych kwartetach Bartóka; u Strawińskiego przechodzący w neoklasycyzm), impresjonizm z bogactwem inwencji kolorystycznej i przestrzennej (w jakimś sensie kontynuował te poszukiwania Messiaen) oraz "drugi Wiedeń" i dodekafonię Schoenberga i zwłaszcza Weberna. Wielcy ekscentrycy w rodzaju Ivesa i Varese'a dopiero czekali na głębsze poznanie, a wybitne indywidualności w rodzaju Szymanowskiego nie "natychały" nikogo do Nowego, choć po latach mocno je przecież doceniono.
Młodzi kompozytorzy (na początek z Niemiec, Francji i Włoch) obrali sobie na swojego Męża Opatrznościowego Antona Weberna (pamiętacie melodyjkę ze starego "Pegaza"?). Dlaczego tak być musiało, oraz co z tego wynikło złego i dobrego - o tym nie będę się zbytnio rozwodził, bo ani żaden ze mnie muzykolog, ani nie ma potrzeby dublować niezliczonych tekstów i analiz - kto chce, ten poszuka.
Tak czy inaczej to, co tak młodych kompozytorów ekscytowało, doprowadziło ich do tej samej ściany "wyczerpania materiałowego", przed którą stali w punkcie wyjścia; to było odwleczenie agonii. Dowodem ich późniejsza muzyka, w pełni usankcjonowany 'serializm': nudny, nieżyciowy, męczący. A u Weberna było to tak ekscytujące, zresztą jest do dziś! Jakże pouczająca to lekcja.
Lutosławski twierdził później, że lata powojenne zostały w jakimś stopniu "zaprzepaszczone" z tego względu, że młodzi, zamiast iść drogą wskazaną przez wspaniałe odkrycia czysto muzyczne Schoenberga i Weberna ("szlifierza brylantów" wg. Strawińskiego), zachłysnęli się stworzonym przez nich Systemem. Systemem, który był, jak już wspomnieliśmy... No, już wspomnieliśmy - przedłużeniem tej tam, agonii, systemu dur-moll.
Dlaczego tyle o tym? Ano, w tym miejscu zaczyna się historia Nowej Muzyki - tej, która kwitnie nam do dziś "tysiącem kwiatów" (to nie ironia). Tu również pojawiają się nowi młodzi, w tym także zza ówczesnej żelaznej kurtyny, a wśród nich Witold Szalonek.
Zaczynał jak inni, od awangardy (czasem pozornie) "dzikiej", ikonoklastycznej, z partyturami graficznymi i obrazkowymi, wymyślaniem coraz to dziwniejszych sposobów artykulacji, wykorzystaniem inwencji muzyków (aleatoryzm) itp. Słowem od tej awangardy, która nie znajduje żadnego uznania i zrozumienia u tzw. mieszczańskiej publiczności - i będącej chyba do dziś synonimem "muzyki współczesnej" jako takiej (na nieszczęście dla tej ostatniej).
Oczywiście i o tym podejściu można powiedzieć, z naszą dzisiejszą, gazetową mądrością, że "prowadziło pod ścianę". Lutosławski zwracał uwagę, że granie pizzicato na klasowym fortepianie koncertowym i na tanim, seryjnym instrumencie da zgoła identyczny efekt. Że, inaczej mówiąc, ruch ten nie może być żywym, głębokim nurtem wiodącym ku przyszłości muzyki, a co najwyżej, może i uroczym i inspirującym, ale jednak gryzmoleniem po marginesach kart "wielkiego słownika muzycznego". Który trzeba było zapisywać w duchu dorównującym głębią i powagą dokonaniom Wielkich Poprzedników.
A jednak badawcze, systematyczne podejście do tej nowej materii okazało się możliwe i perspektywiczne. Szalonek poszedł właśnie tą drogą, i być może dalej niż ktokolwiek inny: szczególnie ukochał instrumenty dęte, dające ogromne możliwości artykulacyjne (przedęcia, wielodźwięki itp.); jego utwory stawały się spójnymi etudami czy nawet traktatami o szczególnym związku człowieka z instrumentem. Miłość do dęcia i zadęcia oraz latami wypracowywana systematyka spoiły się ostatecznie w niemal neoklasycznej formie utworu Obój, moja miłość na obój, smyczki i harfę. Utworu koncertującego, z zapadającymi w pamięć "mocnymi strukturami" (do których zaliczam i udane melodie) i nawet dowcipnego; nadającego się do wykonań "promenadowych" - być może za 50 lat będzie się go grało w koncertach dla przedszkolaków na całym świecie. Dziś niestety znają go i cenią stosunkowo nieliczni "rafinaci", bywalcy festiwali i słuchacze misyjnych stacji radiowych (jak nasza dwójka).
Za najznakomitsze dokonania Szalonka uważam jednak cudowny Tryptyk o Meduzie, z upojną wręcz ostatnią częścią rozświetloną blaskiem kultury śródziemnomorskiej i wręcz, jak mówią, starożytnej Grecji (podobna w duchu, dla mnie, dojrzała twórczość Mandelsztama), wieńczący poszukiwania "dęte" (konkretnie - fletowe) kompozytora osiągnięciem niemal nieziemskim, niematerialnym - oraz rozbudowaną, 45-minutową Symfonię rytuałów na kwartet smyczkowy. Dzieła te stawiają naszego Witolda Szalonka w szeregu najciekawszych artystów XX wieku i najwybitniejszych, najżywotniejszych twórców kultury polskiej.
***
Klucz do tego rodzaju dokonań każdy gdzieś ma, tylko niektórzy mają go nie tam, gdzie powinni, delikatnie mówiąc. Mówię o dokonaniach artystów najwybitniejszych tj. tych, którzy podjęli "samotną wspinaczkę" ku niegościnnym, nieznanym szczytom - by odkryć widoki wcześniej przez nikogo niezaznane.
Byli i tacy, którzy podróżowali w tym czasie wygodnie po miłym dla oka płaskowyżu - Szostakowicz jest przykładem modelowym.
Ale i głębszą urodę takiego płaskowyżu doceniamy w pełni, stojąc na szczytach takich choćby Dolomitów. Jakże inny widok się stamtąd rozciąga!
cdn.


Komentarze
Pokaż komentarze