W zamyśle będzie to seryjka notek poświęconych płytom/utworom/muzykom, którzy byli dla mnie objawieniem, ale właśnie niewczesnym, i to podwójnie:
1. płyta to staroć, rzecz "nieaktualna" (to akurat powszechne zjawisko) i
2. objawienie przyszło długo po okresie fascynacji tego rodzaju muzyką, przebijając jednak w jakiś sposób wszystko, co wówczas znałem i podziwiałem; a więc i "siekły" mnie pożądnie, choć z tego czy tamtego, prawda, "wyrosłem".
Mniemam sobie zatem, że dokonania te mają tak szczególną wartość, iż warto je szczerze zarekomendować szerszemu gronu odbiorców, którzy z "el-muzyki" czy innych "łomotów" już dawno "wyrośli" (ważniejsze, do czego dorośli - bywa, że i do niczego), a nawet nigdy ich nie wielbili.
Na początek - Manuel Gottschink. Niemiecki gitarzysta, grał w formacji Ash Ra Tempel, której twórczość można podciągać pod krautrocka, artrocka, psychodelię... Najogólniej, była to zasłużona grupa niemieckiego rocka lat 70., który okazał się ostatecznie jednym z najbardziej wpływowych odłamów rocka, w szczególności oddziałując na tzw. post-rocka lat 90. W Ash Ra Tempel zwykle grał takie bardziej łomoty, ale też ocierał się mocno o 'medytacyjne' nastroje znane z dokonań Tangerine Dream. I właśnie w tym medytacyjno-repetytywnym nurcie sytuuje się solowe dokonanie Gottschinka, które chciałbym przedstawić: Inventions for Electric Guitar z 1975 roku.
Co to za muzyka? Ano, repetytowno-nawarstwiana, podobna właśnie do starego Tangerine Dream. Znajomy redaktor muzyczny prowadzi odwieczny spór z jakimś swoim znajomkiem, też radiowcem i dziennikarzem, co do statusu tej twórczości. Dla niego jest oczywiste, że to amerykański minimal przeniesiony wprost na syntezatory muzyków debiutujących w niemieckiej psychodelii, a rozkwitających w pełni w Kosmische Musik - będącej zatem w zasadzie kontynuacją "klasycznego" minimalizmu rodem z USA. Jego oponent zaś dostrzega w tej muzyce "typowo rockowe patterny" (pattern - tu: figura ostinatowa) i uważa ją za rodzaj "kosmicznego rocka" i generalnie za muzykę wyrosłą z rocka. Ot, rockowi grajkowie (utalenotowani, owszem) dostali do rąk syntezatory i sekwencery...
Efekty bywały niezwykłe zwłaszcza brzmieniowo i "klimatycznie", i wielu zaliczyło w czasach szkoły średniej fascynację tą muzyką. I jest to fascynacja, której nie trzeba się wstydzić - w muzyce Tangerine Dream czy Klausa Schulze nie brak mielizn i dłużyzn, ale wyobraźnię zapładniała bez wątpienia; bliżej stąd było do filharmonii i Warszawskiej Jesieni, niż z innych nurtów muzyki zwanej popularną. O ile jednak rozważamy kupno kilku płyt Schulzego czy Tangerine głównie przez sentyment, który zostaje na zawsze, o tyle z Gottschinkiem sprawa jest zupełnie inna - oto dlaczego:
1. Po pierwsze, płyta została nagrana wyłącznie na gitarę elektryczną solo, poprzez nakładanie kolejnych wartstw-patternów, których ilość w pierwszym, zdecydowanie najlepszym (i najdłuższym) utworze dochodzi bodaj do 18. Kosmische Musik przetransponowana na gitarę elektryczną brzmi do dziś zaskakująco świeżo i przekonująco, nie trąci ani trochę myszką czy naiwnością, w przeciwieństwie do niektórych "kosmicznych" dźwięków syntezatorów.
2. Po drugie, dojrzałość muzyczna i zwartość kompozycyjna. Pierwszy utwór, stanowiący o treści i wartości płyty (stanowi chyba ponad połowę czasu jej trwania), jest perfekcyjnie zaplanowany formalnie, fakturalnie i brzmieniowo; to maksimum architektury i przestrzeni, które można zbudować w oparciu o zasady minimalu i repetitive music.
Efekt jest taki, że człowiek żałuje, że WTEDY tego nie znał - to by było odkrycie! I dziś jest to poważne i cenne odkrycie - ale wtedy byłby po prostu szał.
Wspaniałość tego odkrycia polega również na odnalezieniu "zagubionego fragmentu" czegoś, co kiedyś tak kochaliśmy - i to fragmentu najcenniejszego. Taki "powrót do raju" dawnych fascynacji nie jest chyba możliwy bez odkrycia czegoś, co powinniśmy byli poznać dawno temu - i co jest najdoskonalszym spełnieniem tych fascynacji. Takie błogosławione rozminięcie.
Było też kilka innych.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)