Marudząc tu raz kiedyś nad stanem polskiej fonografii sięgnąłem po przykłady Witolda Szalonka i Tomasza Sikorskiego - jako wybitnych kompozytorów udokumentowanych na ogólnodostępnych nośnikach (czyli na CD) w sposób wielce nieadekwatny i niewystarczający (Sikorski - wręcz w ogóle, znamy go wyłącznie z ripów radiowych i vinylowych).
Tymczasem jakoś tak w międzyczasie wyszło, że zostałem współwydawcą dzieła będącego jak dotąd jedną z boleśniejszych wśród tych luk - Tryptyku o Meduzie. Dzieło to można wskazać jako "typowy" przykład klasycznej, koncertowej muzyki XX wieku: klasyczny warsztat, programowość, pełne zanurzenie w duchu łacińskim, paradygmat "konstruktywistyczny". Wiemy wszyscy, że Szalonka inspirowały kultury orientalne - ale niekoniecznie w większym stopniu, niż Debussy'ego. Przynajmniej w tym dziele nie ma w nim nic z radykalizmu Scelsiego czy Younga. Jest sporo tej "Japonii" - jakieś zawieszenia czasu, oczywiście wyjście poza tradycyjne stroje i układy dźwięków. Klasyczna muzyka koncertowa - "ale za to jedna z lepszych", jak skomentował główny inicjator i spiritus movens tego albumu.
Do płyty dołączony jest dwujęzyczny essay Moniki Pasiecznik - pożyteczne to i mądre wprowadzenie w świat nieco "krzywych" dźwięków naszego kompozytora. Jako ciekawostkę podam fakt, że właśnie Tryptyk był pierwszą miłością "warszawskojesienną" mojej żony - zachwyciła się nim słuchając transmisji z festiwalu w Polskim Radiu. Dziś przygotowała całą stronę graficzną albumu - i wypadło to naprawdę efektownie.
Dodać należy, że wyprodukowanie tego albumu to głównie zasługa wydawnictwa Bôłt records, a konkretnie jednej osoby, która bynajmniej nie jest mną. Właściwym wydawcą jest więc Bołt - ja się z nim tylko zabieram "pod rękę", tak jak Bôłt zabiera się ze mną w przypadku płyty Nemescu. Płyta dostępna będzie lada chwila, dystrybucją zajmie się DUX.



Komentarze
Pokaż komentarze