29 obserwujących
451 notek
341k odsłon
240 odsłon

No i: mamy festiwal we Wrocławiu!

Wykop Skomentuj

Coś mi się obiło o uszy, że Musica Electronica Nova będzie w tym roku w październiku (zwykle była w kwietniu), ale i tak początek festiwalu przegapiłem. Zaczęło sie w sobotę, a ja zainaugurowałem swój udział wczoraj, w poniedziałek - uczestnictwem w panelu dyskusyjnym Glissanda poświęconym głównie najnowszemu numerowi, kręcącemu się wokół zagadnienia: NOISE. Wciąż antymuzyka, czy po prostu gatunek (muzyczny)? I tak dalej - nie powiem, było całkiem ciekawie, wypowiadali się Jan Topolski i Daniel Brożek, których dobrze znam oraz Justyna Stasiowska, której nie znałem; i jeszcze muzyk improwizujący ze Śląska, Gerard Lebik. Tzn. oni prowadzili spotkanie i opowiadali to i owo, ale było i kilka głosów z publiczności. Więc noise jako gest, który niekoniecznie do dziś uległ wyczerpaniu (tzn. bywa powtarzany i nie traci na autentyzmie - punk rock też bywa autentyczny) - ale jako gatunek: wysoce problematyczny. Także dla czołowych przedstawicieli muzyki noise - nasz słynny Zbigniew Karkowski odżegnuje się od tej szufladki, wg niego on nie posługuje się dźwiękiem będącym w istocie zakłóceniem (szumem, hałasem) - co jest wyróżnikiem muzyki noise. On po prostu pracuje z dźwiękiem (nawet, jeśli z szumem). W ogóle to mamy co? Dźwięk - i reakcję sensoryczną nań (słuchacza). Możliwość "projektowania" pewnych reakcji, precyzyjny dobór częstotliwości - np. bardzo niskie dźwięki odczuwa się w trzewiach. Konkretne kontakty z noisem, który jest zresztą muzyką głównie czy zasadniczo elektroniczną: owszem, to jest "ściana" (hałasu) - ale ileż na niej faktur, pęknięć, otworków, plam, malowideł, mazów, kurzu, łuszczących się warstw! No - bogactwo brzmieniowe, nawet strukturalne. Muzyka! Topolski mówił ciekawie o muzyku, który był przełomowy dla jego osobistej recepcji noisu - nazwiska nie pamiętam, chyba jakiś Niemiec, jakiś konkretny album. Bogactwo tych elementów ujawnianych przy spektralnej analizie: bogate, przecinające się płaszczyzny szumów, wielokrotnie ponakładane na nie dźwięki dzwonów; przejścia pomiędzy tymi ustalonymi częstotliwościami czy barwami, a szumami - takie jakby glissanda (o ile dobrze pamiętam); ciekawostka: fałszywe, zmyślnie podstawione tony podstawowe (w przeciwieństwie do tonów harmonicznych - przyp. kaminskainen ;) Ogółem: muzyka noise jako niezwykle barwna, iluzjonistyczna sztuka. Dalej: każdy inaczej po tej ścianie błądzi, co innego wysłyszy, inne "kino dla ucha" przeżyje podczas słuchania danej płyty. Bogactwo dzieła czy iluzja percepcji? W istocie - noise uczy nas właśnie tego: jak wiele robimy, jak wiele robi nasza percepcja i wyobraźnia, podczas czynności takiej, jak słuchanie muzyki.

Po dyskusji, okraszonej próbkami muzyki Karkowskiego i Piotrowicza - kawka, pogawędki z dawno, nawet bardzo dawno niewidzianymi znajomymi. Ogólnie bardzo miło. Umawiamy się na drugim "iwencie" - koncercie w galerii przy ul. Czystej. Jest to również bardziej "impreza towarzysząca" niż sam festiwal, wydarzenie z cyklu "instrument plus". Tym razem wiolonczela (Andrzej Bauer) - a do niej oczywiście elektronika w paru różnych wydaniach (m.in. Duchnowski, Foltyn) i podaniach (tzn. "podana jako": dość tradycyjna kompozycja z komputera, akompaniament live electronics, szalona improwizacja). Kilka kompozycji - premiery bądź rzeczy tak czy inaczej mi nieznane: trudno kusić się o ocenę, nic mnie nie zażenowało, nic szczególnie nie porwało - współczecha, by ją dobrze ocenić, wymaga ode mnie czasu, okrzepnięcia. Ale raczej pozytyw. Zwracała uwagę kompozycja z głosem, po grecku, do ballady takiej mniej-więcej treści (walę z pamięci):

co ja takiego zrobiłem, że zwą mnie mordercą
czy zabiłem ja kogo, lub pocałowałem?
ale tak - kocham jedną dziewczynę
nie wiem, czy jest turczynką, czy greczynką
ale będę ją miał
porwę ją i będę miał dla siebie

Było od zwykłego "odśpiewania" w specyficznej manierze "skargi do Boga" (powiedzmy - tak mi się skojarzyło) po segmenty pełne orientalizmów i jakby improwizatorskich "melizmatów", z niemałą nawet dozą szaleństwa, bez którego prawdziwa muzyka się przecież nie odbędzie.

Po tej kompozycji wystąpił unikalny na skalę wszelaką duet wrocławski: sultan hagavik (Mikołaj Laskowski i Jacek Sotomski), który wykonał numer zatytułowany Tekturon. Tytuł wziął się był z przeglądu piosenki aktorskiej, gdzie sultany wygrały nurt OFF brawurowym ponoć spektaklem zatytułowanym Pasja: cała ta chujowa piosenka aktorska - gdzie duet dostał kawał tektury, który - przy pomocy substancji zamaczająco-lepiących, został przekształcony w tzw. tekturon (nie pytajcie mnie, czym on był w istocie). Po ich krótkim występie mogę sobie wyobrazić, że tamten spektakl ze słowem na "ch" mógł być brawurowy od strony tak dźwiękowej, jak i wizualnej. Jak zapewne wszyscy wiedzą - chłopaki grają na magnetofonach kasetowych, używając zarówno własnej fabrykacji nagrań, jak i "gotowców" czyli - po prostu kaset z muzyką. Osiągnęli rodzaj biegłości pozwalającej im na bardzo "ogniste" i w wielkim stopniu kontrolowane (tzw. panowanie nad materiałem) generowanie bardziej i mniej improwizowanych, bogatych i gęstych struktur muzycznych opartych na "skreczach", wizgach, klikach i usterkach (każdy obsługuje po dwa magnetofony). Chłopaki występują w tandetnych maskach, przebrani w błyszczące marynarki itd. - trochę niby Residentsi, trochę wintydż i obciach. Włącznie ze zbiorowym jam session, który nastąpił po prezentacji Tekturona, hagaviki zaprezentowały na tyle bogaty zasób swych możliwości brzmieniowych i fakturalnych (szczególnie ich - co jest zresztą charakterystyczne dla noisu ;) że - można naprawdę bez wstydu się nimi "jarać" i to nawet będąc niekoniecznie dzieciakiem. Można też odczuwać rodzaj dumy - a to, że mamy w kraju taki światowy unikat, a to, że się jest ich, bardziej "na ozdobę" niż faktycznym - ale jednak wydawfcą (przypadek mła).

Szczególnie w kontekście ognistego jam session, w czasie którego hagaviki udowodnili swoją zdolność do grania "na zawołanie", w czasie rzeczywistym - typowo improwizatorskiego, opartego na interakcji z innymi muzykami. Działo się nieźle, intensywności ich "wykurwów" dorównał chyba tylko wrocławski maestro komputera - Cezary Duchnowski, posługujący się laptopem, tabletem i chyba niewielkim mikserem. Niewątpliwie uwagę zwracały także duety Bauera z wokalistką; ta ostatnia pojamowała sobie także z powodzeniem z hagavikami. Oni właśnie wybrzmiewali najdłużej - aż Bauer powiedział: no po co oni jeszcze grjają. Ale dla mnie to było OK - delikatnie, z cicha "zasnuli" sobie to, co wcześniej Bauer i spółka dość konkretnie "obcięli". Brawa na koniec były obfite.

Po czym wróciłem hulajnogą do domu.

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale