44 obserwujących
83 notki
216k odsłon
  4494   0

Tajemnica Sekretu Rojta

 Jak to jest, wytłumaczcie moi drodzy, że gdy Maciejewski zrobi literówkę, to zawsze znajdzie się erratoman z gębą, a gdy jakiś dureń z zagranicy pieprzy trzy po trzy o ważnych dla nas sprawach, to pies z kulawą nogą się nie odezwie. Mało tego, brednie zostaną przełożone na język polski i wydane z odpowiednią promocją w naszym kraju. I nawet wtedy, nawet wtedy żaden, niech Panie wybaczą grube słowo, Rojt ani piśnie.

Jak to jest? Przychodzą mi do głowy dwie odpowiedzi. Albo Rojt działa za pieniądze, po prostu dostaje w łapę od tej sitwy zwanej wesoło przez Coryllusa industrią literacką w Polsce, albo jest skończonym kretynem. Obie odpowiedzi mnie nie satysfakcjonują. I są na pewno nieprawdziwe. Może ktoś ma inny pomysł? Kretyna niby trudno odróżnić od manipulanta, ale to się udaje. Najzabawniejszy jest Rojt wtedy, gdy zwalczając tezę Maciejewskiego o rzymskiej doktrynie sułtańskiej, daje argumenty popierające tę tezę. I nawet tego nie zauważa. Tak działa modelowy kretyn.

Zaś manipulantem Rojt jest wtedy, gdy dopiero w przypisach podaje informacje zaprzeczające Rojtowym wymysłom autorytarnie ogłaszanym w tekście zasadniczym. Kim taka padaka jest? Dlaczego zajmuje się Maciejewskim, a nie bredniami na przykład Jacka Repchecka.

Jack Repcheck w książce pt. "Sekret Kopernika" sadzi między innymi kwiatkami takie newsy, że w 1494 roku przybył do Krakowa z wizytą i czternastoma wielbłądami Sułtan. Tak tam jest, nic nie zmyślam. Gdyby napisał, że w tym roku w Krakowie pojawił się osobiście Imperator z Gwiezdnych Wojen, efekt byłby słabszy. A może rzeczywiście Sułtan był w Krakowie? To jak to jest, mili obrońcy warstatu historycznego? Jak to jest? Że Repcheck może bredzić w dużych nakładach i poważnym wydawnictwie, a Maciejewski na własną rękę snuć swoich Baśni nie może.

Sułtan to drobiazg. Gorzej w książce Repchecka z przedstawieniem mechanizmów politycznych. Nie chce mi się tego wszystkiego opisywać, bo nie ma we mnie za grosz wariactwa Rojta. Wstawię tylko jeden przykład. Postacie prawdziwe, kłopoty prawdziwe i wszystko tak ładnie splecione jak zębatki w zegarku. Tylko że ten zegarek jakby pomykał w przeciwną stronę.

"On [Kopernik] i Łukasz nieustannie byli nagabywani przez niezadowolonego władcę Polski z powodu najeżdżających z terytorium krzyżackiego rabusiów, którzy kradli plony i konie i na różne sposoby terroryzowali miejscowych chłopów. Gdy Łukasz Watzenrode przejął urząd administratora ziem wokół Olsztyna, wielki mistrz Albrecht i Krzyżacy szukali sposobu na zerwanie okowów trwającego od pięćdziesięciu lat pokoju toruńskiego".

Zastanawiająca jest ta nieumiejętność przedstawienia dynamiki zdarzeń, które Repcheck musi znać, bo opiera się na polskich opracowaniach szczegółowych. Kłopot taki z tymi materiałami, że za komuny trudno było napisać zwyczajnie o sprawach związanych z Kościołem. A czasami po prostu nie chciano, bo przecież nawet dobrzy historycy miewają dusze zmodernizowane. Kiedy Repcheck wspomina o teatralnej propagandówce w Elblągu, to cieszy się, że wydrwiono biskupa i Kościół. Nie wspomni, o nie, że teatralne zabawy w Elblągu przeszły do historii tylko dlatego, że protestanci natrząsali się przy okazji również z teorii Kopernika. Kiedy Repcheck omawia list wysłany przez biskupa Ferbera, to ubolewa strasznie nad tym, że Ferber bardzo nietaktownie wspomina w dniu urodzin Kopernika o sprawach związanych z powołaniem Kopernika następcy. Emocjonalnie ma rację, każdy poczułby się dziwnie. Bo cóż tu mamy: starszego pana, którego okropny katolski biskup niemal popędza do grobu. I nie wspomni Repcheck, no bo po co, że to sam Kopernik ubiega się o to, by jak najszybciej wyznaczono tegoż następcę. Chce zaklepać kanonię dla powinowatego. I że na informacje w tej sprawie po prostu czeka.

Inny przypadek – Repcheck strasznie się martwi o chłopów, którym Kopernik odbiera ziemię, bo nie są już w stanie na niej pracować. Co to tak naprawdę znaczyło, trudno zgadnąć. Zapiski Kopernika są bardzo lakoniczne, ale nawet w nich zdarzyło się wyraźnie napisane, że następny otrzymujący dane gospodarstwo chłop połowę czynszu należnego kapitule jest zobowiązany płacić poprzednikowi do końca jego dni. Trzeba taki fakt pominąć. No bo jakby to wyglądało? - Jak działający system emerytalny, prawda? Nie można sobie pozwolić na taki anachronizm i wodę na młyn łacińskiej reakcji.

Detalicznych, a intencjonalnych niedomówień, jest całe mnóstwo. Kiedy już się nie ma czego czepić, Repcheck maluje wzruszające obrazy. Oto nieproporcjonalnie wielkie zabudowania kościelne rzucają cień na malutki Frombork. No groza po prostu. Jakoś nie przychodzi mu do głowy, że właśnie dzięki murom kompleksu katedralnego fromborczanie przeżyli ostatni krzyżacki najazd. Reszta Fromborka poszła z dymem.

W ogóle Repcheck choć nie lubi Kościoła, raczej ciepło pisze o Krzyżakach. Trudno pojąć tę zawiłość i jednocześnie łatwo. Przecież wielki mistrz się opamiętał i przeszedł na stronę postępu – tworząc pierwsze protestanckie państwo. To zawsze jakiś plus.

Z Kopernikiem Repcheckopodobni mają jeden kłopot. W tytułach swoich książek wstawiają słowo Tajemnica lub Sekret. Oczywiście te ich książki ani żadnej tajemnicy nie wyjaśniają, ani żadnego sekretu nie odkrywają. Nabzdurzą tylko o romansach Kopernika i tyle sensacji. Nawet jeśli są Kopernikowi przychylni, to przychylni na postępową modłę. Chwała Bogu, że Repcheck, oddajmy mu sprawiedliwość, nie posunął się do tego, żeby uczynić Retyka współautorem De Revolutionibus, jak to się przydarza innym entuzjastom.

 

Cóż tych autorów gniecie? Gdzie ta zagwozdka, która im spać nie daje, napędza do pisania i inspiruje do tabloidalnych tytułów? Otóż z Kopernikiem Repcheckopodobni mają taki kłopot, że on według ich wizji świata powinien spłonąć na stosie. Wtedy ich ogląd dziejów skrystalizawałby się na amen, a oni nabraliby ostatecznej pewności i odetchnęli z uglą. A że Kopernik na stosie nie spłonął i nawet herezji nie uległ, to jest dramat. I sztukowanie i międlenie i mącenie spraw dawno wyjaśnionych. Oraz pomijanie niewyjaśnionych.

I tyle. Zacząłem od Rojta, więc i skończyć wypadałoby na tym przypadku. Tak sobie myślę, że Rojty są po prostu tchórzami, że jakiekolwiek sensowne pisanie wymaga odwagi. Rojty zajmują pozycję bezpieczną. Czują się odźwiernymi w gmachu republiki literatów. A że państwo nam choruje, to bezwładna kupa ksiąg beznadziejnych i znakomitych sprawia, że gmach ten wydaje się niewzruszoną opoką. Republika literatów nigdy nie istniała i nie istnieje. Gdyby ten mit choć przez chwilę był traktowany na świecie poważnie, Repcheck wstydziłby się tak bzdurzyć.

Lubię to! Skomentuj29 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale