44 obserwujących
83 notki
216k odsłon
  3121   0

Zagłoba pracował dla Chmielnickiego

Jak pamiętamy Zagłoba przeprowadził Helenę przez kraj ogarnięty rzezią i szaleństwem. Wpadł na fortel i przebrał się za dziada, a ją za chłopca dziadu asystującemu. Równie dobrze mógłbym napisać, że przebrał się za zaprzyjaźnionego z czernią mediaworkera - ale jeszcze ten i ów zacząłby wytykać anachronizm i znów zaczęłaby się awantura. Krakowskim więc targiem - tu ukłon w stronę Sowińca, któremuśmy winni odrobinę czułości, gdyż za swoje zabawy popadł w niełaskę zwinięcia - powiedzmy, że Zagłoba przebrał się za barda.

 
No i dopiero teraz może się zacząć, ale co tam, raz maty rodiła. Wyciągnął Toyah kiepski bardzi tekst  i opatrzył refleksją. W skrócie myśl tak to się przedstawiała - ta najgrubsza. Nie można tolerować dziadostwa w poważnych sprawach. A szczególnie dziadostwa między swymi. No nie można, bo to hańba i sromota tym większa im wyżej na piedestał achami i ochami rzecz słabą się wywyższa. Toyah mniej więcej o tym od zawsze pisze. Czy to o mediaworkerach czy politykach. A tym razem afera się rozpętała niecodzienna. Czytać powtórnie dyskusji na trzy blogi i kilkaset komentarzy mi się nie chce i rozplątywać wątków też nie, by podać je na tacy. Kto czytał ten wie. Tak z pamięci co mi utkwiło.
 
Wśród zwykłych w takich razach porachunków pojawiły się zarzuty merytoryczne. Toyah nie liczy się z uczuciami fanów barda, którzy przecież autentycznie przeżywają jego twórczość. Tu mnie zachwiało, bo istotnie głupio tak pośród imprezy zniweczyć atmosferę celebry artystycznej. No ale przecież, pomyślałem, bez przesady. Toż w ogóle należałoby zakazać wypowiadania się o artystach, by uczuć fanów nie urazić. Zresztą jak zmierzyć szczerość słuchaczową, gdy nawet porównania nie ma, bo co wyciągną pieśń nową zaangażowaną, to uszy więdną. Usprawiedliwia to słuchaczy poniekąd, bo oferta jest jaka jest, a lepszej spodziewać się nie możemy. Tak jak kino jest fabryką snów, tak i są fabryki piosenek, niemal równie skomplikowane choć od filmowych przeważnie tańsze. Państwo mamy w chaosie, przemysł ogólnie upada, więc i przemysł rozrywkowy też.
 
Następny zarzut był taki, że krytykując utwór barda, Toyah szarga samego barda oraz szarga pamięć osoby, o której bard łaskaw był zmajstrować piosenkę. Cóż powiedzieć, no niezręcznie wyszło że akurat w taki dzień, ale też bez szału. Iluż to komentatorów, którzy przyszli pouczać Toyaha, napisało notkę o wydarzeniu albo komentarz o bohaterze piosenki. Jeden tylko pamiętam i to taki akurat, w którym komentator objaśniał, że bohater ów to żaden bohater, bo coś na Litwie uczynił niegodnego. I chciałem się spytać, wielu to obrońców bohatera za bohaterem na takie oskarżenie się ujęło? Jeden Toyah. Reszta nadal zajmowała się dowalaniem Toyahowi pod pretekstem obrony barda, niewinnych słuchaczy jego i bohaterów, moralności i dekalogu nawet, albo i samego Szopena (co to się objawił ku swemu własnemu zdziwieniu w takiej okoliczności). Toyah napisał o piosence, bo akurat o niej się dowiedział. I w opinii Toyaha, a i mojej, skromnie się wtrącę jakby kto pytał, kiepskiego utworu nie może uratować temat tego utworu. Tym większy wstyd dla autora, im podnioślejszy temat w swej niezdarności poturbuje. Tak to jest. 
 
Jak mówię - zdało się oto towarzystwu, że Toyah się wystawił na łatwy strzał i że można sobie na nim poużywać wykazując swą wyższość moralną i kompetencję artystyczną. Prawo zbójnickie komentatorów.  Toyah nie takie już atrakcje jako bloger przeżył, więc specjalnie się o niego nie martwiłem. Trochę się, bądźmy szczerzy, zaniepokoiłem kolegą Toyaha, co to w młodości popisywał się na okoliczność Gałczyńskiego umiejętnością liczenia do czterech, a teraz jest profesorem. Różne to przypadki chodzą po pracownikach naukowych. Każdy absolutnie każdy tekst można wywrócić i zniweczyć jak się do niego nieżyczliwie podejdzie. Zresztą nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dowiedzieliśmy się odrobinę o Gałczyńskim, więc zysk jest nawet z tego nieporozumienia.
 
Przykro Toyahowi się zrobiło - gdyż duszę ma lirnika, choć na gitarze nie gra - gdy Coryllus rzecz opisawszy po swojemu zebrał pochwały, a Toyah dzień wcześniej za to samo musiał robić za wieszak na psy. Bo i to jest ta istota sprawy - że napędem tej całej awantury były osobiste porachunki, osobiste znaczy takie, o których w wikipedii nie przeczytam a i nawet nie jestem ciekaw. Tak się nie godzi po prostu, panie Zebe. Przy okazji wyjaśnię rzecz jedną - pan mnie miał za potwora z takiego tylko powodu, że nawrzucałem pewnemu gamoniowi, z którym pan poczuwa się do krajaństwa. Więc oświadczam Panu, że ten padalec pomówił mnie o to, że ja jakoby nie szanuję Waszej krainy ani jej mieszkańców i że ich obrażam. A to jest kłamstwo i za to łgarstwo spotkały go adekwatne wyrazy. I żal mam wielki, że pierwotniak omija mnie starannie, bo jeszcze bym mu chętnie nabluzgał. Taka we mnie zawziętość przyrodzona i czarne podniebienie znamionujące genetyczną wściekliznę.
 
Toyahu, nic się ty nie martw. Zmiana opinii wśród komentatorów była wywołana przede wszystkim znanym powszechnie zjawiskiem atmosferyczno-astronomicznym. Ranek mądrzejszy od wieczora. Ludzie się przespali z tematem, a dnia następnego pewnie się dziwili, czemuż taka ich cholera wzięła. Myślę, że z tęsknoty. Z tęsknoty do bardów, których sobie imaginują, bo nie bardzo jest za czym się obejrzeć.
 
Pojawił się też i taki pomysł, że ludowość usprawiedliwia niedbalstwo artystyczne. Za przykład ktoś dał film Marsjanie atakują, w którym inwazję wrażych kosmitów powstrzymała piosenka. Według Szanownych równie dziadoska jak ta, o której tu mówimy. No i to jest nieporozumienie merytoryczne. Otóż piosenka, która rozsadza w słoikach łby kosmitów, to gigantyczny przebój - choć dawny, ale przebój taki, że daj Panie każdemu artyście, choć dziesiątą część takiej przebojowości. A sam artysta, który swym wykonaniem doprowadzał łby do eksplozji, to śpiewak o wyjątkowych możliwościach wokalnych. Cóż z tego, że maniera, w której się wyrażał, dzisiaj jest niemodną, kiedy słuchać, że fachowiec, obok którego nigdy żaden z bardów nawet nie stał. Piosenka antymarsjańska to jest wielokrotne zaprzeczenie amatorszczyzny. 
 
Czemu zacząłem od Zagłoby? Prosta to sprawa. Z jednej strony Szanowni proszą o to, aby bardów nie tykać, bo oni strasznie dla nas ważni, a z drugiej strony Państwo chcą tę ważność obdarzać jakąś nieskończoną pobłażliwością. Jak są ważni, to niech nas z łaski swojej traktują poważnie. A nie jako dodatek do swojego za przeproszeniem dziadoskiego hobby. Że też nikt Szopena nie objaśnia tak jak bardów, że skoro inspirował się ludowymi motywami, to powinnien zgodnie z obowiązującymi naszystów trendami, rzępolić na pile, zamiast spędzać niedługie życie na wielogodzinnych treningach. Bardowie są ważni tylko dlatego, że my jesteśmy ważni. Jeżeli tego nie rozumieją, to powinna być ich strata. Na początek pieniężna. Jeśli my sami tego nie rozumiemy, to jesteśmy głupsi niż zalany w pestkę cham.
 
Popatrzmy co tam po drugiej stronie. Bo i tam są bardowie, którzy słuchaczem gardzą - inaczej i bogaciej, bo budżety większe. Weźmy Andrusa, któren jako wokalista i tekściarz święci teraz triumf po empikach i na listach przebojów. Po 11 latach pracy wydał płytę z jakimś dziadostwem co to ma robić za piosenkę żartobliwą i literacką. Niech mi ktoś tylko zazdrość zarzuci i frustrację, to poczuje się jak u Coryllusa. Ja nie śpiewam i śpiewał nie będę, a tak jak Andrus to nawet nigdy bym nie chciał. Płytę Andrusa przesłuchałem dwa razy. Raz cierpliwie czekając wrażeń, które powinny się przydarzać. Morałów, spostrzeżeń i ciekawostek oraz puent - Andrus gdzie są puenty? - jedną masz na calutkiej płycie, reszta to jakaś kicha. Drugi raz wysłuchałem dla pewności, bo jako człowiek skromny dopuszczam, iż mogłem się pomylić, przeoczyć. I tam w tych piosenkach jest nic - jakiś przebłysk, możliwość, szansa się pojawia tylko po to chyba, by w marność się obrócić - nędza reklamowana jedenastoma laty roboty, fachowością trójki i twarzą znaną każdemu z telewizora. Pustota i okolicznościowe wierszolenie towarzyskie, którym dzielić się z obcymi jest objawem pogardy zwanej gdzieniegdzie brakiem poczucia obciachu. Płyta barda lemingów jest zrobiona w leminżej manierze: skoro nie umiem ładnie choć przez dziesięć lat próbowałem, to zrobię durnie i dopieroż wtedy będzie przepięknie. 
 
Ale czemuż ja o tym Zagłobie? Stoi w Ogniem i mieczem konstatacja taka, kolega Philozof na pewno sprawdzi i cytat zainteresowanym poda, że jak pojawiają się dziady z lirami na drogach niechybny to znak, iż na wojnę się zbiera.  Normalna to sprawa, Amerykan nie od dziś najpierw szczuje filmowcami a dopiero potem odpala rakiety. Ruski tak samo, tylko kolejność może być odwrotna. I nie są to żadne insynuacje, lecz praktyka uświęcona wiekami i tylko w szkole pokazują to inaczej wystawiając dzieci niebożątka bezbronne wobec pogardy.
 
Zagłoba jako lirnik przejść musiał przez obóz Chmielnickiego. Tam został wypatrzony i zaproszony do najzwyklejszej współpracy. Już nie pamiętam czy to Chmiel sam osobiście nakazał mu ruszać do chłopów stęsknionych przeżyć artystycznych w celu wzniecenia nastrojów rewolucyjnych w ich uschłych sercach. Może to tylko Zagłoba koloryzował, co mu wybaczam, gdyż sam od tej przypadłości wolny nie jestem. 
W każdym razie taki obowiązek propagandowy dziad Onufryj wypełniał z racji chwilowo wykonywanego zawodu. Wypełniał niekoniecznie zgodnie z zamówieniem, ale to już uroki powieści przygodowej, żeby było niezwykle. Życie raczej zwykłą koleją się toczy, a najzwyklejsza jest taka, że to dziady przebierają się za arystokrację. Arystokrację ducha co najmniej.
 
Więc nic dziwnego, że człowiek z aspiracjami do trzeźwości ciut większej niż nieprzytomny od gorzałki motłoch, podejrzliwie patrzy na każdego kto mu śpiewa i kto w jego imieniu śpiewa. Zagłoba jak sam mówił śpiewał pięknie. I tu akurat wierzyć mu możemy. Gdyż w malowniczej scenie, którą tylko beztalencie bez krzty wrażliwości i budżetu może zrobić jak w tym kinowym gniocie, którego tytułu nie wymienię, żeby nie kojarzył się zbytnio z Ogniem i mieczem. Tam wszystko jakby na opak, aktorzy dobrzy poobsadzani jakby na złość. Szczęście że Helena ładna, to wiadomo, panie Zebe, że takie właśnie są dziewczyny z Podlasia. Ale zostawmy, bo znowu będzie że obrażam.
 
Scena nocna. Jar dziki i tłum takiż. Publika otacza dida i domaga się następnej piosenki. Did zaczyna śpiewać o Mikołaju Potockim, który raczej lubiany przez oną publikę nie jest. I pięknie Zagłobie pieśń wychodzi, skoro nawet Skrzetuski, który na publikę się wraz z podkomendnymi zasadził, zamiera na chwilę w rozrzewnieniu. I publika też zamiera w tym samym rozrzewnieniu, bo - jak to mówią uczeni - muzyka łagodzi obyczaje. A potem kamień, bezduszny i głuchy, stacza się do jaru i nastrój pryska jak od salwy w tłum.
 
Lubię to! Skomentuj95 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale