Podczas konferencji prasowej wojskowej prokuratury na temat odczytów z rejestratorów lotu:
Tak, na tej wysokości nastąpił zanik zasilania elektrycznego w samolocie, ale - zdaniem wojskowych prokuratorów - nic z tego nie wynika. Mimo że nic się w tym czasie nie stało - np. nie zarejestrowano uderzenia w przeszkodę. Ot, wysiadła elektryka w samolocie. Dlaczego? No bo wysiadła.
Wcześniej ten sam prokurator żarliwie zapewniał, że żadne rejestratory lotu nie wykazały żadnych awarii systemów pokładowych.
Wiadomo, zasilanie elektryczne w samolocie to nie jest system pokładowy, a 2 sekundy przed uderzeniem w ziemię (15 metrów nad poziomem lotniska i ok. 100 m do pierwszego kontaktu z ziemią) to już nie jest lot samolotu.
Jak to zgrabnie ujął jeden z prokuratorów (cytuje niedokładnie, ale wiernie) - w tym czasie bowiem los samolotu był już przesądzony. W chaotycznej dopowiedzi Parulskiego pojawiły się także znane od ponad roku argumenty o urwanym (przez brzozę?) skrzydle i przekręcającym się na plecy samolocie.
Tak samo wyglądało maksymalnie pokrętne tłumaczenie działania bądź niedziałania przycisku i całego systemu "uchod".
Z coraz bardziej zagmatwanych wyjaśnień ludzi poprzebieranych w polskie mundury wynikało, tak mi się przynajmniej wydaje, bo w plątaniu odpowiedzi byli nieźli, ze systemy ATM i inne resjestrują jedynie czy system zadziałał czy nie zadziałał. Nie rejestrują natomiast czy ktoś chciał go uruchomić - ergo, czy wcisnął słynny guzik. No i oczywiście, nawet jakby wcisnął, nie rejestrują dlaczego nie zadziałał.
Wedle prokuratorów - nie zadziałał.
Reasumując - trzymają się wyznaczonego przed miesiącami, przez ich faktycznych dowódców sznytu, ale jednak widać maksymalną ostrożność i lęk.
Przed Macierewiczem.
Inne tematy w dziale Polityka