karlin karlin
295
BLOG

Kwietniowe Bezpowstanie

karlin karlin Polityka Obserwuj notkę 7

Rocznica, czas na wspomnienia.

Ten tekst powstał rok temu, ale tutaj go nie publikowałem. Myślę, że się nie zestarzał.

------------------------------------------------------------------------------------

"Zastanawiam się, dlaczego tak wielu, z taką zajadłością usiłuje udowodnić, że Powstanie Warszawskie było bzdurą, a nawet zbrodniczym występkiem dowódców AK i polskiego rządu na emigracji?
 
Pomijam tu osoby, które z zawodowym upodobaniem oddają wszystko, co w nich najlepsze w kierunku wszystkiego, co polskie. Dla nich PW to nic więcej ponad jeszcze jeden seans plucia na odległość. 
 
Chodzi mi wyłącznie o tych, którzy zdają się wierzyć, iż niezłomne powtarzanie, że PW było bzdurą, a nawet zbrodnią na Warszawie i Polakach, ma jakiś głębszy sens.
 
Jaki?
 
Czyżby rzeczywiście wierzyli, że nauki wyciągane z wydarzeń, do których doprowadził szczególny w historii splot przesłanek (choćby wyzwalanie Polski przez najeźdźcę) dadzą się kiedyś użyć w jakimś zbożnym celu?
 
Prawda przede wszystkim, zapewne odpowiedzą. Oczywiście, ich prawda.
 
Bo prawdą jest również i to, że nie da się wywalić lawiny błota na dowódców AK, nie obryzgując nimi walczących AK-owców. Bo jak się mają czuć ci, którzy z poświęceniem życia wykonywali zbrodnicze rozkazy?
 
Rozkazy, o których zbrodniczości, jak wywodzą obecnie nasi domorośli „historycy”, powinien już wówczas wiedzieć właściwie każdy.
 
Podział na oskarżenia wobec dowódców oraz szacunek i podziw dla męstwa szeregowych żołnierzy, panowie, to bardzo marne tłumaczenie waszej skłonności. Bowiem taki podział nie istnieje i zbytnio przypomina tępe powielanie peerelowskiej propagandy.
 
Wojna, oprócz zwycięstw i klęsk, składa się także z wysiłku, poświęcenia, determinacji i woli walki. I nigdy, żadnego zwycięstwa ani klęski nie da się z tych ludzkich emocji wyekstrahować.
 
Polskie powstania nie dlatego są nieusuwalną, budzącą dumę i budującą cząstką polskiej historii, że co jakiś czas trzeba się spierać z tymi, dla których to jedynie nie kończący się korowód polskiej głupoty zamienianej w porażki.
 
Budzą dumę, gdyż są dowodem nie przemijającej woli walki o Polskę.
 
Czy fakt istnienia Polski – od ponad 200 lat wciśniętej miedzy dwa mocarstwa – potwierdza, że tej woli było zbyt wiele, czy zbyt mało?
 
Czy więcej zyskalibyśmy, zanurzając się w mieszczańskim mnożeniu dóbr i umiejętności? A może jedynie zachęcilibyśmy najeźdźców do łupieskich wypraw, a okupantów do bardziej zajadłej walki o łakomy kąsek?
 
Czy wreszcie polska skłonność do aprobowania historycznej spuścizny „walki przede wszystkim” to nasz wkład do geopolityki, czy też może na tę geopolitykę jedyna, możliwa odpowiedź?"
_______________________________________________________

  
Tak napisałem osiem lat temu.
 
Przypominam ten tekst nie tylko z powodu kolejnej rocznicy Powstania Warszawskiego. Ale przede wszystkim dlatego, że po 10 kwietnia 2010 r. stał się on wyjątkowo aktualny i wymaga uzupełnienia.
 
Jestem przekonany, że gdyby obecnie jakiś Bór-Komorowski (co za koszmarny chichot historii z tymi nazwiskami) wezwał przeniesioną w 1944 r. i pozbawioną wiedzy o tym, co się stanie potem, obecną ludność Warszawy do Powstania, na punktach zbiórki stawiło by się może 100 kiboli Legii.
 
Czy byłby to dowód dojrzałości i mądrości naszego społeczeństwa? 
 
Moim zdaniem, Polska dlatego powstała i zjednoczyła się w 1918 r., walczyła o swoje granice w kilku postaniach (śląskie, wielkopolskie) i wreszcie zbiorowym, heroicznym i na wpół szaleńczym wysiłkiem doczekała się Cudu nad Wisłą, bo wcześniej ruszyła do dwóch, krwawych i przegranych powstań - Listopadowego i Styczniowego. 
 
To ich pamięć mobilizowała odważnych i zamykała usta tchórzom. Bo jeśli oni, w tak niedogodnych, wręcz tragicznych okolicznościach mogli i chcieli, to my, mający szansę na Wolną Polskę - stchórzymy?
 
W społeczeństwie nigdy nie będzie 90% bohaterów. To zawsze mniejszość. Ale to musi być mniejszość na tyle, nawet jak trzeba - szaleńczo - zdesperowana, żeby większość się jej bała.
 
Bała się pogardy, własnego wstydu, haniebnej pamięci. I tej mniejszości - jak przyjdzie czas - pomagała, albo przynajmniej nie przeszkadzała i tępiła jawnych zdrajców. 
 
A co nas spotkało po II Wojnie?
 
Dopóki trwała pamięć o Powstaniu Warszawskim, o tym, że są sprawy, za które warto umierać, trwała Polska. Nie przeprowadzono powszechnej kolektywizacji, nie zniszczono frontalnym atakiem polskiego Kościoła. Polscy robotnicy - niech będzie, że i "za kiełbasę" - protestowali, wiedząc czym to grozi i ginęli pod kulami. 
 
A potem ONI zmądrzeli.
 
Zorientowali się, jak wiele może ich kosztować krew na ulicach. I zastąpili przemoc manipulacją.
 
Przyszedł Sierpień, tak łagodny i oszałamiający, że podczas późniejszego Stanu Wojennego mało komu chciało się już iść pod kule. Tym bardziej, że zmanipulowane doszczętnie "władze 10-milionowego Związku" od czynów desperackich odżegnywały się 24 godziny na dobę.
 
Później nauczka Popiełuszki. Nie domagaj się Prawdy, bo marnie skończysz.
 
W końcu Okrągły Stół, czyli "bezproblemowe", "bezkrwawe"  tzw. przekazanie władzy. 
 
"Za dwa grosze i dwie krople krwi".
 
I 20 lat propagandowej obróbki w "wolnym i demokratycznym" kraju, gdzie przecież nikt już nie kłamie. Chyba, że tak powiedzą w telewizji.
 
No i przyszedł 10 kwietnia. Wszystkie mity III RP runęły na ziemię w podsmoleńskim lesie. Europoidalne kukiełki okazały się zwykłymi, ruskimi marionetkami. Oficjalnie poddano suwerenność Polski Kremlowi. Rozpoczęło się bezczeszczenie grobów, pamięci ofiar, symboli religijnych.
 
I co?
 
I nic.
 
Tak wielu niczego już nie pamięta, żadnej hańby i wstydu się nie boi, a każdy dzień rozpoczyna z wypłukanym mózgiem, jak wytarta do czysta, cynowa micha w obozowej kantynie. Do której można wrzucić wszystko, fekalia, tuszonkę albo kawior. Dowód - patrz choćby jak w ciągu 48 godzin, po 10 kwietnia zmieniły się - o 180 stopni - opinie na temat Lecha Kaczyńskiego.
 
A naród mieszkający w tym miejscu na kuli ziemskiej, który nie potrafi ruszyć do walki o pamięć, choćby za cenę krwi i klęski, choćby nic więcej poza daniem świadectwa miało mu to nie przynieść, u nikogo nie wzbudzi respektu.
 
Przestanie szanować samego siebie i z czasem zapomni o tym, że istnieje. I będzie to najlepsze, co go może spotkać."
karlin
O mnie karlin

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Polityka