Kolejne, po ubiegłorocznym wycofaniu się Tuska z wyścigu o fotel prezydencki, chyba spore zaskoczenie.
Donald Tusk podobno zadecydował, że jego twarzy nie będzie na bilboardach PO w czasie nadchodzącej kampanii wybiorczej.
Oczywiście, że będzie go pełno w telelwizji, ale ta druga w ciągu dwóch lat, jakby na nią nie patrzeć, rejterada, może dać do myślenia.
Brak Ojca Narodu, Słońca Peru i Wodza, a przede wszystkim "niekwestionowanego lidera" prowadzącego swój lud na kolorowych plakatach to trochę tak, jak skucie nazwiska Stalina z kamiennych książek, trzymanych w mocarnych dłoniach przez kamienne posągi robotników na zewnątrz Pałacu Kultury w Warszawie. Można to zobaczyć do dziś.

Czyżby analizy, przeprowadzane przez najlepszych speców od PR dowiodły, że wizerunkowy urok wyblakłego wytrzeszczu z zasznurowanym półuśmiechem już się kończy?
Potwierdzały by ten trop wciąż publikowane sondaże, na których wśród umiłowanych przez lemingi Bronko Bul cieszy się zdecydowanie większą lubością, niż Don Aldi, ktory z kolei od dawna w tej rywalizacji przegrywa z Radsikiem.
Jak się patrzy na historię badania popularności polityków, warto zauważyć, że Komorowski zrównał się z Tuskiem (albo "został zrównany") na początku 2010 r., czyli w momencie gdy Tusk zrezygnował z kandydowania w wyborach prezydenckich, a do prawyborów w PO przystąpili dwaj prowadzący.
Czy jesteśmy więc świadkami lekkiego tylko przemeblowania sceny, czy też czeka nas kolejna "październikowa odwilż" z wynoszeniem na śmietnik medialnych kukieł "dotkniętego boskim geniuszem", a opowieści o "jesieni strefy zdekomunizowanej w okolicach Budy Ruskiej" nie do końca oddają głębię Armageddonu, jaki nadciąga?
W końcu autor tezy o stygmatach premiera pracuje już od 2010 r. w kancelarii Bronko Bula.
Inne tematy w dziale Polityka