I to duży.
Jak wynika z informacji, napływających z jej obozu, Agnieszka Radwańska uparła się, żeby jednak zagrać w tym turnieju. Mimo bolesnego urazu, który przeszkodził jej w normalnej grze w finale w Indian Wells, i który na pewno w ciągu paru dni można jedynie zaleczyć i zasypać kolejną górą tabletek przeciwbólowych.
Zapewne zagra - w najlepszym razie - z tym znanym i przynajmniej przeze mnie bardzo u niej nielubianym, "sprytnym" podejściem. Pogram ostrożnie, tak na 40%, no i wygram oraz zarobię co się da.
Podejściem nielubianym i niemądrym, gdyż oprócz tego, że naraża jej zdrowie, naraża również jej prestiż i markę, na której, odpowiednio chronionej i pielęgnowanej, jest w stanie zarobić dziesiątki razy więcej, niż w mniej lub bardziej "planowo" przegrywanych pierwszych meczach np. w Sydney czy Dubaju w tym roku.
Te porażki idą w świat, a ludzie naprawdę widzą i orientują się, co wyczynia dziewczyna, która od dwóch lat utrzymuje się w światowej czołówce, ale gra wszystko, jak leci, nawet mając problemy zdrowotne, przy których jej koleżanki z samego topu przerywają występy czasem na ponad miesiąc .
Przecież to nie przypadek, że Steve Tignor z portalu Tennis.com dopiero po finale Indian Wells napisał, że właśnie łzy Agnieszki przekonały go wreszcie - w co do tej pory nie wierzył - że jej naprawdę zależy na wygraniu jakiegoś wielkiego turnieju, a nie tylko na dochodzeniu do półfinałów i wyjeździe po zarobek na następne zawody.
No to może niech się Aga zastanowi, co on napisze po jej występie w Miami?
Gdzie pojedzie, mając niesprawny najważniejszy instrument dla jej stylu gry, czyli nogi. Czy Agnieszka zdaje sobie sprawę, że to co robi wygląda trochę tak, jakby borykający się z kontuzją nadgarstka Juan Del Potro postanowił zagrać w turnieju, trzymając rakietę w lewej ręce?
Tym bardziej, że to porównanie, choć dobre pod względem sugestywności ukazania, co ona wyprawia, jest jednak mocno naciągane. W jej wypadku nie będzie przecież skakać po korcie na jednej nodze i na pewno nie uniknie momentów, gdy - choćby odruchowo - gwałtownie przyspieszy lub wykona zwrot, który może się skończyć ciężką kontuzją.
I po co to wszystko? Dla paru punktów i kasy? Z bezustannie podnoszonym ryzykiem, że jak coś pójdzie bardzo źle, to może nawet zaprzepaścić sezon? Bo przecież trzeciej pozycji w rankingu, nawet nie biorąc udziału w turnieju, nie straci.
Ja się jeszcze zastanawiam nad ujawniającą się przy tej okazji, wyjątkowo bezbarwną, mało ciekawą, a może nawet ponurą rolą włóczącego się z nią po świecie, jej tzw. sztabu szkoleniowego.
W końcu to pod jego okiem ona gra z coraz bardziej pogłębiającymi się kontuzjami, a ich reakcją w najlepszym razie, i to pewnie tylko dlatego, że mikrofony włączone, jest to, co powiedział jej Wiktorowski w finale Indian Wells, a co da się streścić w krótkim - "Rób jak uważasz".
Tymczasem również jej bark z całą pewnością o sobie wkrótce przypomni, bo gdy nie będzie mogła biegać, spróbuje, jak to jej radził Wiktorowski "zamykać piłkę", czyli grać mocniej z miejsca i wkładać więcej siły w serwis.
Nieważne przy tym, czy oni są aż tak bezradni, aż tak niekompetentni, czy aż tak cyniczni. Każdy z tych wariantów dyskwalifikuje ich w funkcji trenerów i opiekunów.
Sprawa wygląda tym bardziej nieciekawie, że jest wśród nich chłopak, którego Agnieszka wyraźnie traktuje jako kogoś więcej, niż sparingpartnera i przyjaciela, i który choćby z tego powodu mógłby liczyć u niej na zrozumienie i większą aprobatę tego, co jej zaleca. Nawet jego się nie słucha, czy może wręcz przeciwnie?
Jest jeszcze czas, żeby zrobić coś naprawdę rozsądnego, do jej pierwszego meczu pozostało trzy dni.
Bo po Miami będzie przecież turniej w Katowicach (ja muszę), po nim Puchar Federacji (nie ma mowy, żebym nie zagrała). Zaś po tym wszystkim rozpocznie się morderczy dla nóg i barku, bo wymagający więcej wysiłku i siły niż gra na kortach twardych, sezon na mączce.
1268
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (40)