Pani Marianna Stuhr wywnętrza się na temat swojego śp. ojca na łamach „Wysokich Obcasów”:
Bywa, że dorosłe (od dawna) dzieci wciąż pamiętają krzywdy z dzieciństwa. No, może to „gwiazdorzenie” to akurat jakaś wielka krzywda nie była, lecz – jak widać – pamięć o przykrym zachowaniu sławnego rodzica pozostała żywa. Po co o tym w ogóle mówić? A po co są przeprowadzane wywiady z dziećmi celebrytów? Po to, żebyśmy czytali o nich same dobre rzeczy?
O ile taki ekshibicjonizm wydaje mi się poniekąd zrozumiały (co nie znaczy, że słuszny), gdyż dotyczyło to czegoś, co było udziałem także tej pani, o tyle nie mogę uznać za akceptowalne czegoś innego, a mianowicie – publikacji cudzej miłosnej korespondencji (np. Agnieszki Osieckiej) czy osobistych notatek (np. Jana Pawła II) pomimo nakazu ich zniszczenia. To wyjątkowo żałosne.
Ale zaraz, czy większość biografii pisanych po śmierci ich bohaterów (czy antybohaterów) nie zawiera czyichś listów, prywatnych tekstów, ukrywanych przed światem zapisków lub przynajmniej niedyskretnych zwierzeń ze strony wciąż żyjących bliskich? A już pikantne szczegóły typu „zboczony seks dawnych dyktatorów, polityków, aktorów, duchownych” są wręcz wabikiem na ciekawskich czytelników. Czy któryś z nich się przejmuje zszarganą prywatnością takich ludzi?



Komentarze
Pokaż komentarze (24)