Kto się boi Rosji? Odpowiedź na to pytanie jest dosyć prosta:wszyscy. I cała Europa i USA i Azja (no może Chiny się nie boją). Niewątpliwie, jak pokazała historia bać się trzeba, nie tyle Narodu co ich władzy. Pięknie zobrazował to Paweł Jasienica, kiedy napisał, że z Rosjanami dopóty można się przyjaźnić, dopóki nie chodzi o sprawy państwowe. Za tą żelazną granicą kończą się sentymenty. Putin może przytulić naszego Premiera, ale nie ustąpi w sprawach wagi państwowej. Dziwi więc tak wielka otwartość polskich władz wobec Kremla. O ile Niemcy czy Francja nad naszymi głowami dogadali się, zabezpieczając sobie pion energetyczny o tyle przecież Polska nie ugrała z Rosją nic tą swoją przyjacielskością. Kto naiwny niech wierzy, że poklepywania po plecach i uśmiechy przenoszą góry. Tak zdaje się uprawia dyplomację Radek Sikorski, w mojej ocenie jeszcze słabszy niż sławna Barbara Fotyga. Nasi politycy z PO chyba nie rozumieją, że z Rosją trzeba grać normalnie na partnerskich nie służalczych zasadach. Ostatnio w Polsce odkryto wielki atut, gaz łupkowy. Szybko zrobiono z tego temat do kpin z Bronisława Komorowskiego, kompletnie nie dostrzegając wagi tego odkrycia. W mojej ocenie jest to największa szansa i karta przetargowa w stosunkach z Rosją. Nikt w Europie oprócz państw Skandynawskich nie jest samodzielny energetycznie. Polska ma taką okazję, co więcej ma okazję być konkurentem w lokalnym ogródku. Trzeba więc bacznie obserwować, co dzieje się wokół tej sprawy. Tym bardziej, że PO pokazała już aferą hazardową swoje ciągotki do Ałaganowo-podobnych.
Paradoksalnie, ten kto pokazuje najwięcej przyjaznych gestów, boi się najbardziej. I nasz sąsiad doskonale o tym wie. Zdaje sobie też sprawę z tego, że nikt z nami w poważniejsze sojusze nie będzie wchodził. Po odzyskaniu przez Rosję Ukrainy, przychodzi czas na mniejsze, ale pożywniejsze kąski. Po dwukroć naiwny ten, który uważa, że Rosja wyzbyła się skłonności imperialnych. Większość z nas nie wyobraża sobie jak Rosja mogłaby zagarnąć kraje bałtyckie należące do UE (Estonię, Litwę, Łotwę). Dla mnie nie jest to abstrakcyjna sprawa, a do tego obawiam się, że nie odległa w czasie. Kto bowiem zabroni jakiś małych szantaży, jakiś nieoficjalnych umów, kandydatów do spółek skarbu państwa a w końcu do aparatu państwa. Wszystko odbędzie się legalnie, nawet gdyby cos tam nie grało, to przecież Sarkozy czy Merkel nie zaryzykuje monstrualnego dealu z Putinem dla jakiejś tam przystawki. Wszytko pod europejską banderą.
Krytycy polityki wschodniej Lecha Kaczyńskiego, zapominają o tym, że Polska nie ma w Niemcach czy Francuzach realnych sojuszników. Po pierwsze państwa te nie mają z nami wspólnych interesów, po drugie współpraca z nimi w ramach UE, to raczej jednostronne ustępstwa niż wymierne korzyści. Optymiści nie zauważają faktu, iż gospodarczo bliżej nam do mniejszych krajów i to z nimi powinniśmy umacniać się. I to nie w roli przedmurza cywilizacji, czy zapory przed bolszewizmem, lecz silnego na skalę lokalną państwa, które przewodniczy wspólnej polityce państw bałtyckich. Taki był zamiar Lecha Kaczyńskiego, może i źle wykonany, z niepotrzebnymi gestami, ale także zdeformowany w mediach. Innej drogi dla Polski nie widzę, jeśli nie chcemy być do końca "państewkiem między Niemcami a Rosją" gdzie urodził się Papież i Lech Wałęsa


Komentarze
Pokaż komentarze (2)