Za wiele chciałem; świat się zadowala
Prawdy ochłapem, piękna mdłą namiastką
Dobra pozorem, błahą opowiastką
Wiarą pustą. Wolnością, co zniewala.
Zabiorę tylko to, co śmierć pozwala
Zabrać w niebyt. Pamięć dobrą i własną
Zdolność kochania. Może ciemną, ciasną
Peryferyjną... Może śmieszną z dala
Lecz się nie lękam ani wstydzę Ciebie
Bo choć umarły, to dumny będę i godny
Miłości Twojej. Będzie nam jak w niebie
W które nam łaski nie dano wierzyć. Pogodny
Będę, cichy. Umarły, a pewny siebie
Paradoks bycia w nie-byciu; zbawiony
... czy wiecznie? - nie wiem.
- Ten twój kolega jest tanatopatą - westchnęła cicho Inez kiedy Kloss zakończył deklamację. - Z drugiej strony nie mogę nie podziwiać tak gorącego uczucia dla kobiety, nawet jeśli była śmiercią. - Tanatofilem więc raczej - nie zgodzi się Kloss - jeśli mówimy o uczuciu uwielbienia dla kobiety jej pokroju.
- Swoją drogą - w zmrużonych oczach Inez błysnęły iskry rywalizacji - Chciałabym ją kiedyś zobaczyć...
- A ja nie - pokręcił głową Kloss - A przynajmniej nie za szybko.
- Patrząc na ciebie, mój drogi, i na tempo twojego dorastania, nie muszę się raczej obawiać tej akurat konkurencji.
- Dorastam wolno, ale w pełny sposób - bronił się słabo Kloss
- Biorąc pod uwagę ilość różnokolorowych używek, które w siebie ostatnio wlewasz, rzeczywiście, słowo: “pełny” jest tu dość na miejscu.
- Bo mam problem egzystencjalny - dumnie wypiął tors Kloss - Czuję się ostatnio nastawiony dość krytycznie wobec rzeczywistości i mojego w niej miejsca.
- Tak? - Gotyckie łuki brwi uniosły się z oburzeniem. - Czy również i ja jestem częścią tej rzeczywistości, ktorą odbierasz tak bardzo krytycznie?
- Ależ skąd - wykrzyknął Kloss heroicznie - Ciebie ubóstwiam!
- Ciekawe, czy potrafiłbyś napisać jakiś zgrabny sonecik specjalnie dla mnie?
- Na pewno! - wykrzyknął Kloss już mniej heroicznie, antycypując bezsenną noc spędzoną na gryzieniu ołówków nad beznadziejnie pustą kartką papieru.
Sekretarz obrony rozglądał się dość nieporadnie. Zadanie szefa było jasne, ale nie było to zadanie w typie, do którego przywykł. Ponadto już dawno nie był zdany sam na siebie. “Nie będę przecież zaczepiał ludzi na ulicach i pytał, czy przypadkiem nie są Brytyjczykami” - myślał zaciskając bezsilnie pięści. Wylądował w Nowym Jorku dokładnie dwadzieścia minut wcześniej na pokładzie prezydenckiego samolotu. Wziął taksówkę i kazał się wysadzić przy 255 ulicy. W czasie krótkiego lotu myślał intensywnie, ale na nic nie wpadł. W taksówce zmuszony był wysłuchać opowieści gadatliwego Włocha o jego piętnaściorgu dzieciach. Stał teraz na chodniku wściekły nie wiedząc co ze sobą dalej zrobić. “Pójdę na najbliższy posterunek” - zadecydował “Powinni coś wiedzieć o obcokrajowcach. Tylko gdzie jest najbliższy posterunek?”
- Przepraszam pana - zaczepił wysokiego, rudowłosego draba w irlandzkim typie - gdzie jest najbliższy posterunek policji? Facet skrzywił się jakby go nagle rozbolały zęby
- Trochę źle trafiłeś, koleś - wycedził oglądając go uważnie od stóp do głowy.
- Dlaczego? - zdziwił się wysoki urzędnik Białego Domu.
- Bo nie lubię policji - wyznał szczerze Irlandczyk, po czym zmarszczywszy czoło zapytał - Czy ja cię przypadkiem nie widziałem w telewizji, tata?
- Być może - z rezygnacją odpowiedział sekretarz, który poczuł jednak nutkę dumy, że jest rozpoznawalny publicznie.
- Ty jesteś komik? - pytanie odebrało mu i nutkę dumy i resztę nadziei. - Wiem, kolego, występujesz w tym programie z koniem. Ty jesteś naprawdę niepoważny. Ten koń też - zarechotał rudzielec. - A posterunek policji jest tuż za rogiem - wskazał palcem kierunek. - Obok domu z tym wielkim zegarem - nagle zatoczył się ze śmiechu. - Ale jaja, kumple nie uwierzą! Przekaż koniowi pozdrowienia od chłopaków z Bronxu - zawołał wesoło i już go nie było. Pędził w swoim kierunku, bo dochodziła trzynasta, a on chciał jak najszybciej odebrać swój wóz z warsztatu.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)