Dorn, Zalewski i Ujazdowski nie muszą składać mandatów. Nie wymaga tego od nich Jarosław Kaczyński a chwilę później dodaje Pan prezes uważa, że posłowie, którzy wystąpiliby z klubu, mają moralny obowiązek złożyć mandaty.
Oddajmy więc głos Panu Kaczyńskiemu (wczorajszy wywiad w Sygnałach Dnia w Polskim Radiu Jedynka):
Jacek Karnowski: I jakie to mogą być konsekwencje?Jarosław Kaczyński: To jeszcze zobaczymy, będzie obradował w tej sprawie Komitet Polityczny. Ja tylko przypominam, że wszyscy przed wyborami podpisaliśmy zobowiązanie następującej treści: „Jeżeli ktoś radykalnie nie zgadza się z linią partii, nie chce działać w ramach tego wspólnego przedsięwzięcia, to powinien zrezygnować z mandatu”. To jest zobowiązanie honorowe. Mam nadzieję, że panowie nie są pozbawieni honoru.
Uznajmy na początek za prawdziwe słowa Pana Bielana, jakoby Pan Kaczyński nie wymagał składania mandatów przez były wiceprezesów Partii. Powstaje pytanie, dlaczego więc Pan Premier:
a) przypomina o owym zobowiązaniu w tym właśnie momencie.
b) przypomina w odniesieniu do tych Panów.
I to nie wszystko. Treść zobowiązania podana przez Pana Kaczyńskiego różni się zasadniczo od treści którą wywnioskował ze słów Pana Premiera jego interpretator, Pan Bielan. Otóż Pan Bielan twierdzi, że zrzec się mandatu powinna osoba która wystąpiłaby z klubu. Oczywiście zrzec się mandatu używam tutaj w znaczeniu – posiadać moralny obowiązek, nie zaś posiadać obowiązek jako taki. Jednak wbrew słowom Pana Bielana, jednym z kryteriów zaistnienia okoliczności które prowadziłyby do powstania takiego obowiązku jest radykalne nie zgadzanie się z linią partii.
Pojawia się pytanie – czymże jest radykalne nie zgadzanie się z linią partii? Odpowiedzi trzeba szukać w istocie problemu. Jak wiemy protest wziął się stąd, iż wiceprezesowie dostrzegli brak wpływu na kształtowanie polityki wewnątrzpartyjnej. Oddajmy głos Panu Bielanowi.
PiS jest jedną z bardziej demokratycznie zarządzanych partii. Niedawno na komitecie politycznym padło takie określenie, że Jarosław Kaczyński jest dmuchanym dyktatorem, bo jest nadmuchiwanym dyktatorem przez media, natomiast wewnątrz partii bardzo często może nie ulega jakiemuś szantażowi ze strony działaczy, ale bardzo często ustępuje (...) Bardzo często prowadzimy 3-4-godzinne debaty, w trakcie których dochodzimy do konsensusu.
Jarosław Kaczyński: Otóż tak – myśmy przez kilka lat funkcjonowali w taki sposób, że Komitet Polityczny zbierał się co tydzień i omawiał właściwie wszystkie ważne, a nawet także dużą część mniej ważnych spraw. Jednocześnie mieliśmy kilkanaście procent poparcia, a Platforma w pewnych momentach miała poparcie w sondażach większe trzykrotnie niż my, a dwukrotne to niemalże z reguły. I zaczęło się mówić (nie dotyczy to wszystkich, ale niektórych członków Komitetu Politycznego) o tym, że po wyborach ja będę musiał odejść, po przegranych, drastycznie przegranych wyborach ja będę musiał odejść. Mówię jeszcze o wyborach 2005 roku. Czyli krótko mówiąc władza była wspólna, ale odpowiedzialność miała być indywidualna.
Ja się wtedy wziąłem na sposób, zacząłem pewne rzeczy robić, używając czegoś w rodzaju by-passu. Znaczy Komitet w dalszym ciągu się zbierał, ale pewne decyzje podejmowałem sam, bo zauważyłem, że przez Komitet wiele inicjatyw jest nie do przeprowadzenia. Po prostu w pewnym momencie okazało się, że trzeba stworzyć jakiś inny mechanizm decyzyjny, żeby odnosić sukcesy i myśmy te sukcesy odnosili. Kiedy nie byłem premierem, Komitet zbierał się przez cały czas, Komitet Polityczny decydował o zmianie premiera, o wielu innych rzeczach, ale jednocześnie od czasu do czasu rzeczywiście, szczególnie jako premier odwoływałem się także do nieco innego mechanizmu. I to rzeczywiście niektórych spośród kolegów denerwowało, tyle tylko, że była kwestia skuteczności. Jeżeli ktoś ma taką tendencję do tego, żeby widzieć raczej trudności w działaniu niż możliwości tego działania, to musi się liczyć też i z tym, że będzie czasem pomijany.
Słowa wskazujące na coś zupełnie odmiennego od wersji zaproponowanej przez pana Bielana. Nie ma tu słowa o konsultacjach w ramach decyzji nie podejmowanych na drodze głosowania. Nie chcę oceniać samej istoty, bowiem żadna partia nie byłaby w stanie funkcjonować z systemem podejmowania decyzji, który wymagałby każdorazowego zatwierdzenia przez jakiś kolegialny organ. Naturalne jest, że to Szef Partii podejmuje kluczowe decyzje które wymagają szybkości działania.
Martwi mnie tylko przekłamywanie słów które są prawdziwe. Dlaczego politycy miast mówić prawdę czy starać się przekazać swoje poglądy, zabierają się za interpretację słów które interpretacji nie potrzebują. Powstają wtedy sytuacje niepożądane, złe i absurdalne.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)