Dokładnie w tym samym roku byłem w wojsku i dokładnie o to samo się awanturowałem co Klich, jednak mnie za niesubordynację kierowano na kolejne poligony. I tak zaliczyłem w ciągu roku poligon na Morasku koło Poznania, poligon w Okonku, na Konotopie koło Drawska i w Czarnem. Oczywiście o awansie mowy nie było. Wyszedłem ze szkółki dla podchorążych jako kapral i do dziś kapralem pozostałem. Dowódca batalionu odgrażał się: jeszcze kiedyś przyjdzie do nas podchorąży po opinię, jak będzie chciał zostać dyrektorem, na co odpowiadałem: zaręczam, że nigdy żadnym dyrektorem nie zostanę. Słowa dotrzymałem.
Na początku lat dziewięćdziesiątych miałem chwilę satysfakcji, kiedy mnie, rezerwistę kaprala podchorążego, ustanowiono zastępcą dowódcy batalionu ds. wychowawczych i miałem pod sobą kilkudziesięciu chłopa w znacznie wyższej od mojej szarży. Śmiać mi się chciało, gdy widziałem tych kapitanów, poruczników, sierżantów i chorążych z czasów peerelowskiej służby. Nie ukrywam, było mi przyjemnie. Tym bardziej, że nasza brygada otrzymała imię Marszałka Piłsudskiego, a na naszym sztandarze pojawił się orzeł w koronie oraz dewiza polskiego oręża: Bóg Honor Ojczyzna. Ponadto mój dowódca miał ten zwyczaj, że przysyłał życzenia Bożonarodzeniowe za pośrednictwem umyślnego żołnierza do domu. Czułem, że służę nareszcie w polskim wojsku. Widziałem też młodych oficerów bezpośrednio po studiach wojskowych. Konkretni, kulturalni, wyszkoleni. Pojawiła się nadzieja na odrodzenie wojska. Niestety trwało to tylko chwilę. Z niewiadomych dla mnie powodów wszystko zgasło. Dziadostwo do wojska wróciło. A mnie wyrejestrowano z ewidencji.





Komentarze
Pokaż komentarze