Kiedy pierwszy raz przyjechałem do Norwegii, odniosłem wrażenie, że ta ziemia nie pachnie. Jedynym doznaniem było uczucie rześkości. Powietrze było po prostu świeże. Kolejne pobyty to zadomowianie się, a wraz z tym coraz głębsze, subtelniejsze przyswajanie/oswajanie tej krainy skał i wody. Zacząłem rozpoznawać poszczególne zapachy. I tak uświadomiłem sobie, że miejsca człowieka pachną zazwyczaj kurzem mieszkań wyrzucanym przez klimatyzację i wszechobecną chemią – rozpuszczalnikami, farbami i detergentami. Świat przyrody z kolei to woń wody morskiej i wilgotnej ziemi. Incydentalnie pojawiały się zapachy roślin: w pobliżu sadów był to zapach truskawek, jabłek i śliwek, w innych miejscach – drzew. Najintensywniejszym doznaniem była woń karłowatych brzóz rosnących wzdłuż strumieni w mroźnym Opplandzie. Powierze było jakby zroszone tym zapachem.
W porównaniu z południem Europy, o Azji nie wspominając, Norwegia jest sterylna, niemal nie pachnie. Zapachy są delikatne, pozbawione wyrazistości i nietrwałe. Przypominam sobie jak jadąc kiedyś przez Węgry letnią nocą, zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek. Do dziś czuję odurzający zapach włoskich orzechów, które rosły wzdłuż drogi. A wonie Prowansji, czy pokrytych drzewami owocowymi wzgórz wokół Clermont Ferrand... Coś nieporównywalnego. Zresztą po co tak daleko sięgać, nasza polska łąka jak pachnie!?
A teraz kilkanaście zdjęć z Opplandu i okolic wykonanych w porze letniej.












Komentarze
Pokaż komentarze (2)