Nie czytam polskojęzycznej prasy od ładnych paru lat. Obcojęzycznej zresztą też nie. Szkoda czasu. Czy to Norwegia, Hiszpania, czy Polska, wszystko z jednej sztancy, ten sam layout, te same duperelowate tematy i głupiocwaniackie próby manipulowania. A na tuziny uśmiechniętych lub nadętych ryjów nie jestem w stanie wprost patrzeć. W Norwegii nawet konający staruszek robi do zdjęcia grymas, który ma wyrażać radość, choć za oknem noc polarna i będzie kłopot z wykuciem grobu.
Niestety, skuszony przez blogerów salonu, wszedłem dziś na stronę "Dziennika" i przeczytałem wywiad z Michałem Cichym, byłym (chyba?) dziennikarzem "Wyborczej". Żali się biduś Cichy w rozmowie z Michalskim na Michnika, jaki to on paskudny despota i raptus jest, jak potrafi opierdolić przyjaciela z redakcji (Cichy chyba w wojsku nie był, bo tam by usłyszał, że w cywilu psa nie ma, a w wojsku (w redakcji) przyjaciela szuka). Ponarzekał Cichy na koszerną ze swoim rozmówcą z "Dziennika" Michalskim Cezarym, a ja sobie pomyślałem: co ja do cholery robię, dlaczego marnuję czas na taki kał. Przecież o tym, o czym ci dziubdziusie pitolą, każdy przytomny człowiek wie od dawna, a ci się nadymają pseudointelektualnie i wzajemnie pieszczą. Slrzywdzone przez Aaaadasia niedojdy. Wszystko jest ok., dopóki rączka karmi, a gdy przestaje karmić, staje się łapą oprawcy. Zakłamane cieniasy. Ciekawe co będzie klepał o Springerze Michalski, kiedy go spuszczą? A zapowiada się, że niedługo może to nastąpić, bo podobno Springer zamierza "Dziennik" odstawić i wejść do „Rzeczypospolitej”.
To nie koniec mojej niedzielnej głupizny. Niedość mi było tandemu Cichy-Michalski, to jeszcze siegnąłem po wywiad z niejaką Bielik-RobsonAgatą, która się przedstawia jako kobieta Michalskiego i na dodatek filozof. Uwagę moją przykuł tytuł: “Uwolniłam się od polskości”. Tego nie mogłem sobie darować, no i zaczęła się moja gehenna.
Najpierw poraziła mnie niezwykła głębia leadu: “Są elementy polskiej kultury inteligenckiej, które lubię i w sobie pielęgnuję, ale to przez wierność mojej rodzinie i przywiązanie do Anina, mojej małej ojczyzny. Ale ta wielka Ojczyzna, sprawa narodowa, wierność Polsce itd. - to już nie dla mnie. Po latach zaczadzenia trucizną narodową nareszcie czuję się wolna.” Zwłaszcza to itd. rozbłysło tajemną wieloznacznością.
Później było już tylko gorzej. Pani filozof ujawnia na przykład, że to kariera naukowa, a nie pan Cezary, nie pozwala jej spać: “Kariera naukowa spędza mi sen z powiek. Teraz polska akademia otwiera się na Zachód i wymaga się od nas, żebyśmy robili karierę niejako na Zachodzie. A zachodnia kariera naukowa niczym się nie różni od kariery w korporacji. Dla ludzi ceniących swobodę umysłową to jest koszmar.”
I dalej w ten sam deseń: “Wyjeżdżam do Stanów, no i siedzę pół roku zamknięta w pokoiku. Nie prowadzę żadnego światowego życia akademickiego. Nie chodzę na seminaria, nie utrzymuję kontaktów dla kariery. Może z zewnątrz to wygląda inaczej, ale ja wiem, jaka jest prawda. Oszukuję akademię. Zaliczyłam dwa topowe uniwersytety amerykańskie, Yale i Chicago, i nie dokonałam tam nic, ale to nic.” Nic? No jak to nic, a uwolnienie się od polskości to pies? Przecież, sądząc z tytułu, o tym jest wywiad. To osiągnięcie w sam raz dla takiego światowca jak pani filozof.
Pani filozof jednak na tym nie poprzestaje i zapodaje takie odkrywcze myśli:
“jestem trochę na bakier z identyfikacją kobiecą”
“Radykalny feminizm, który mówi: jesteś kobietą i tylko kobietą, to dla mnie krok wstecz.”
“Chciałam uczulić feministki na fakt, że przenoszenie wzorów feminizmu z krajów anglosaskich, gdzie pozycja kobiety jest faktycznie słaba, do krajów katolickich i na dodatek trochę zacofanych cywilizacyjnie - jak Polska - jest wątpliwe. Są u nas obszary, w których kobiety rządzą niepodzielnie. Powiedziałabym, że strażnikiem polskiej wspólnoty jest kobieta w wieku postseksualnym oraz ksiądz. W efekcie w Polsce wszystko uchodzi młodym mężczyznom, bo są rozpieszczani przez swoje matki, i prawie nic nie uchodzi młodym kobietom; zachodzi tu dobrze znane zjawisko fali, gdzie stare kobiety mszczą się na córkach, sprawując nad nimi bezwzględną władzę.”
“wyjechałam do Anglii na początku lat 90. - żeby wreszcie popatrzeć na prawdziwych facetów.”
“Niestety miałam też poczucie winy. Moja matka była zaangażowana politycznie, a ja byłam apolityczna. Czułam więc presję, żeby się upolitycznić, zidentyfikować, zacząć działać: "Zaangażuj się, bądź dobrą Polką!". Kochałam Anglię, bo ona mnie nie potrzebowała i nigdy nie mówiła do mnie głosem umierającej matki Polki: "Dlaczego odchodzisz, ja cię potrzebuję, umrę bez ciebie". “
“bieda i jednak pewna frustracja mnie zmęczyły i pomyślałam sobie: "A, wrócę". I że to się tak ładnie połączy: będzie teza, antyteza i synteza. Pomyślałam sobie, że wracając, będę miała przewagę jako podmiot, bo to ja będę ustalać więź z Polską na moich zasadach. To był mój pomysł na zaangażowanie. I być może, gdybym się nie uwikłała politycznie, miałoby to sens. Ale ja zmarnowałam moją szansę powrotu przez wejście w sferę polityki. Teraz wiem, że pewne natury po prostu nie powinny się angażować. Zderzyłam się z martwym układem: albo jesteś na lewicy i kochasz "Gazetę Wyborczą", albo nie kochasz "Gazety Wyborczej" i jesteś na najczarniejszej prawicy. Straszne jest to polskie pakietowanie: mówisz A, to musisz powiedzieć B, C, D i cały alfabet, aż dochodzisz do radiomaryjnego katolicyzmu. Niestety ten układ domyślny okazał się silniejszy od mojej woli eksperymentowania. Sprzymierzyłam się z prawicą, bo sądziłam, że to są wolni ludzie walczący z komunizmem. Uważałam, że obowiązuje mnie wierność wobec mojej biografii, która upłynęła pod znakiem antykomunizmu. Podobał mi się pomysł Cezarego Michalskiego, by stworzyć sferę inteligencką, alternatywną wobec kręgu Adama Michnika. Chciałam, żebyśmy byli intelektualistami z innymi pomysłami na życie, ale przecież popierającymi modernizację Polski. Ja mówiłam wprost o "innej nowoczesności" - taki jest tytuł mojej drugiej książki. Ten projekt jakoś się w końcu udał, dopiero po latach, w formie "Dziennika". Ale w tamtych czasach było trudno. Nazywano mnie "megierą prawicy" albo "konserwatywną rewolucjonistką" i wygadywano inne kretynizmy - choć ja w ogóle nie mam prawicujących skłonności. Cenię pewne elementy myśli konserwatywnej, które wydają mi się ważną korektą dla naiwnego lewicowego entuzjazmu, ale całkowicie odrzucam prawicowy radykalizm. Mnie jest bliska formuła Daniela Bella, który mówił: należy być konserwatywnym w sferze kulturowej, socjalistycznym w sferze ekonomicznej i liberalnym w sferze obyczajowej i politycznej.”
http://www.dziennik.pl/kultura/article324985/Uwolnilam_sie_od_polskosci.html
I pomyśleć, że aby takich odkryć dokonać, trzeba jechać do Anglii i klepać tam biedę, albo do Stanów i siedzieć przez pół roku w pokoiku campusu uniwersytetu Yale czy innego Chicago.




Komentarze
Pokaż komentarze (17)