Cudowni młodzi, wykształceni z Mołdawii. Inni niż nasi osrańcy.
"Wczoraj doszło do gwałtownych protestów, w czasie których antykomuniści, którzy zorganizowali się za pośrednictwem internetowych serwisów społecznościowych Facebook i Twitter (...) Ponad dziesięć tysięcy osób zebrało się na głównym placu stolicy Mołdawii, Kiszyniowa, odpowiadając na apel zamieszczony w internecie.
Demonstrujący, głównie studenci, planują na dziś kolejne protesty przeciwko wynikom wyborów, które ich zdaniem zostały sfałszowane. Do studentów najprawdopodobniej dołączą także przywódcy opozycyjnych partii apelując o powtórzenie wyborów parlamentarnych. Protestujący twierdzą, że rządząca Komunistyczna Partia Mołdawii tak zafałszowała wyniki wyborów, by wskazywały, że zdobyła ponad pięćdziesiąt procent głosów, czyli większość, która pozwoliłaby partii na wprowadzenie poprawek do konstytucji oraz na wybór nowego prezydenta.
Choć zdaniem obserwatorów z Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie wybory były wolne, to wielu mieszkańców Mołdawii jest przeciwnego zdania. „Było zbyt wiele fałszerstw i nieprawidłowości”, zwraca uwagę Alina Radu, redaktor naczelna tygodnika Ziarul de Garda. Na swej stronie internetowej tygodnik poprosił dziś swych czytelników by nadsyłali przykłady nieprawidłowości i nadużyć podczas głosowania. - W ciągu zaledwie pół godziny nadesłano dziesiątki tysięcy przykładów - dodaje Radu. Jedna z czytelniczek napisała, że z listy wyborców wynikało, że jej syn i mąż oddali głosy – tyle że syn przebywa na studiach w Japonii, zaś mąż nie żyje.
(...) Tłum na centralnym placu Kiszyniowa powiększał się z godziny na godzinę – szacuje się, że przyszło ponad dziesięć tysięcy osób. - Mieli wrażenie, że nikt ich nie słucha, nikt nie zauważa. Wielu studentów poczuło gniew z powodu tego, że ich zdanie jest tak ostentacyjnie ignorowane, i skierowali ten gniew przeciwko rządowym budynkom - tłumaczy Lynch.
Demonstrujący wyrywali kostkę brukową i płyty chodnikowe, rzucając nimi w policyjne oddziały prewencji. Policjanci odpowiedzieli pałkami i działkami wodnymi. Było ich jednak zbyt niewielu by stawić czoło tłumowi, więc wycofali się, pozostawiając w rękach protestujących budynek parlamentu i biura prezydenckie. Ci zaczęli wybijać okna, plądrować gabinety, drzeć dokumenty i wyrzucać je przez okna na demonstrujący tłum jak confetti. Meble ułożyli w stos a następnie podpalili. Kilkadziesiąt osób zostało rannych. Drugie tyle trafiło do aresztów.
(...) - Te wybory były według nas dniem żałoby. Brutalnie obrabowano nas z przyszłości - stwierdził Ghenadie Brega, jeden z przywódców opozycji.
(...)"




Komentarze
Pokaż komentarze