U dominikanów na Freta, którzy przyjęli pielgrzymów z Poznania, spać mieliśmy na posadzce refektarza. Kto wziął karimatę i śpiwór, jakoś to wytrzymywał, jednak tacy jak ja, którzy przyjechali goli i weseli, o śnie mogli zapomnieć. Nawet dla ascety zimna, kamienna posadzka byłaby torturą. Gdzieś po północy, by się rozgrzać i rozprostować kości, postanowiłem pospacerować ciemnymi ulicami warszawskiej Starówki. Na Placu Zamkowym zastałem saperów i milicjantów przeczesujących teren metr po metrze. Zaglądali do każdej studzienki kanalizacyjnej. Zygmunt Stary patrzył z kolumny, jak uwijają się w mdłym świetle latarń. Pomyślałem, że tak samo patrzył na tych, którzy czatowali przy wejściach do kanałów na powstańców. Na szczęście noc była ciepła, czerwcowa, więc choć byłem tylko w koszuli i dżinsowej kurtce, jakoś wytrzymywałem. Krążąc tu i ówdzie, dotarłem w końcu przed świtem na Miodową. Przed pałacem prymasowskim stała już grupka ludzi. Postanowiłem tu zaczekać na Ojca Świętego. Mogliśmy stać tylko po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko siedziby prymasa, w której nocował Jan Paweł II. Funkcjonariusze BORu i porządkowi kościelni odgradzali stojących wiernych od jezdni.
Czekanie dłużyło się niemiłosiernie, tym bardziej, że wraz ze wschodem słońca zrobiło się wyjątkowo zimno. Dopiero, gdy pierwsze promienie liznęły ulicę i nas przycupniętych na niej, obudziliśmy się z odrętwienia.
Koło godziny siódmej z bramy pałacu wyjechały dwie limuzyny. Pierwsza wyłoniła się beczkowata Czajka, czy coś do niej zbliżonego, w każdym razie kojarzył się ten pojazd z sowieckimi osiągnięciami motoryzacyjnymi. Za Czajką pojawiło się czarne Volvo, a w nim na tylnym siedzeniu dojrzeliśmy błogosławiącego nas Papieża.
Pojazdy tylko mignęły i już ich nie było. Skręciły w stronę przeciwną do Krakowskiego Przedmieścia. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Ojciec Święty pojechał pomodlić się do grobu męczennika Kościoła i Solidarności – ś.p. Księdza Jerzego Popiełuszki.
Po jakiejś godzinie samochód z Ojcem Świętym wrócił do rezydencji na Miodową, a my czekaliśmy już tylko na wyjazd Papieża na mszę świętą na Placu Defilad. Tłum gęstniał z minuty na minutę. Ulica wypełniła się pielgrzymami z jednej i z drugiej strony. W pewnej chwili z bramy pałacu wyszedł zakonnik w biało-czarnym habicie. Zmierzał wprost w moim kierunku, minął ochronę i wszedł w tłum stojący na chodniku. Z radosnym zdumieniem rozpoznałem mojego znajomego z poznańskiego klasztoru dominikanów. Przywitaliśmy się serdecznie. Niestety okazało się, że znajomy dominikanin nie może rozmawiać, bo musi pilnie coś załatwić w budynku za naszymi plecami. Kiedy wszedł do środka, przeczytałem na tablicy umieszczonej przy wejściu, że tu mieści się klasztor bazylianów.
Chyba około godziny dziewiątej z dziedzińca pałacowego ruszyła kawalkada pojazdów. Wśród nich oczywiście papamobile.
Biały mercedes papieski sunął powoli Miodową w kierunku Krakowskiego Przedmieścia, tłumy wiwatowały na cześć Papieża, ja pstrykałem zdjęcia, ochrona czujnie obserwowała rozradowany tłum, gdy nagle niemal na mojej wysokości papamobile przystanął.
Zapanowała konsternacja. Tłum zafalował podekscytowany, natomiast porządkowych ogarnął wyraźny niepokój, a może nawet panika. Wtem ujrzeliśmy, że Jan Paweł II wychodzi z pojazdu po schodkach na jezdnię i wkracza na chodnik między ludzi. Nikt nie rozumiał, co się dzieje, ale nasze szczęście nie miało granic – Namiestnik Chrystusa jest między nami! Euforia, wręcz ekstaza, opanowała wszystkich.
Każdy chciał, choć na moment znaleźć się jak najbliżej Ojca Świętego. Nawet nie dotknąć Go, ale tylko spojrzeć, być w tej samej przestrzeni. Ojciec Święty tymczasem z trudem i z pomocą licznej ochrony przedostał się przez tłum do drzwi klasztoru bazylianów i zniknął za nimi. Dopiero wtedy pojąłem, że mój znajomy dominikanin był posłańcem Papieża do grekokatolickich zakonników.
- modlitwa -
Boże który jesteś
Boże który jesteś daleko
Boże który jesteś bliski
prostujesz plecy i ścieżki
i nie ma takiej wiedzy
i władzy której nie przetniesz










Komentarze
Pokaż komentarze