Pojawiały się na ten temat różne sugestie: a to, że dziennikarze dlatego polecieli drugim samolotem, bo mieli przeżyć, a to z tego powodu, że nie zmieścili się w tupolewie. Dlaczego jednak akurat dziennikarze mieli przeżyć, nikt przekonująco nie wyjaśnił, natomiast historię, że nie zmieściliby się w samolocie prezydenta, można między bajki włożyć, kto bowiem dochodzi do takiego wniosku w ostatniej chwili przed tak ważnym przedsięwzięciem, jakim był lot najwyższej rangi polityków, wojskowych i urzędników państwowych?
Musiało zatem pójść o coś innego niż kwestia przeżycia określonej grupy osób, czy o element logistyczny. Na to, co zdecydowało o oddzieleniu dziennikarzy od reszty delegacji, wskazuje moim zdaniem fakt, że również żaden z prezydenckich fotografów nie poleciał ze swoim pryncypałem, a także zbieg dziwnych "przypadków" psucia się aparatury rejestrującej obraz w Smoleńsku (w wieży i w pobliskim warsztacie). Wyraźnie chodziło o to, by nie zostały żadne ślady-obrazy z tego przelotu od Okęcia po Smoleńsk. Nieliczne zachowane amatorskie zdjęcia są tak kiepskiej jakości, że trudno na ich podstawie cokolwiek wyrokować. Być może jednak kiedyś dowiemy się, że wszystko zostało zdokumentowane i że służyło tak jak sowieckie materiały zdjęciowe z Katynia do celów szkoleniowych ludobójców.


Komentarze
Pokaż komentarze (51)