Niejednokrotnie spotyka się głosy, iż koronnym dowodem na to, że liberalizm w gospodarce się nie sprawdza jest powstawanie licznych monopoli oraz oligopoli.
Jako receptę na ich rozbicie podaje się zazwyczaj ingerencję aparatu państwowego w postaci najrozmaitszych urzędów antymonopolowych i różnych podobnych instytucji.
Na pierwszy oraz drugi rzut okiem powyższemu sposobowi myślenia nie można nic zarzucić, w szczególności, kiedy weźmie się pod uwagę korzyści wynikłe z działania tych urzędów np w przypadku rozbicia imperiów Bella i Standard Oil w USA, które doprowadziły odpowiednio do znacznego obniżenia cen rozmów telefonicznych oraz spadku cen ropy naftowej. Podobnych przypadków jest bardzo wiele.
Tak więc czyżby urzędy antymonopolowe rzeczywiście były niezbędne nawet w stosunkowo liberalnej gospodarce? Nie jestem do końca przekonany.
Odnoszę wrażenie, że to właśnie działalność najrozmaitszych instytucji państwowych leży u podstaw większości monopoli. W Europie były i są to najrozmaitsze regulacje, koncesje, przydziały i zezwolenia, które skutecznie ograniczały i ograniczają nowym podmiotom dostęp do poszczególnych sektorów rynku.
Z kolei w "liberalnych" i "wolnorynkowych" na pierwszy rzut oka Stanach Zjednoczonych na pierwsze miejsce wśród problemów prowadzących do powstawania monopoli wydaje się wysuwać nadmiernie rozbudowany system ochrony patentowej. W chwili obecnej wejście nowych, istotnych, firm w poszczególne sektory gospodarki, szczególnie związane z nowymi technologiami jest praktycznie niemożliwe, ponieważ opatentowane często są rozwiązania, które są dość oczywiste i nie wnoszą nic nowego, za to stanowią idealną zaporę przed nowymi graczami.
W związku z tym należy zadać sobie pytanie, czy tak naprawdę ingerencja państwa w gospodarkę na poziomie działania antymonopolowego jest konieczna? A może wystarczyłoby jedynie usunięcie przyczyn - ograniczenie liczby koncesji i zezwoleń oraz skrócenie czasu i zawężenie zakresu ochrony patentowej?


Komentarze
Pokaż komentarze (7)