21 obserwujących
1020 notek
381k odsłon
  317   0

Z Alcatraz do Białego Domu

Na fot. Plakat pamiątkowy indiańskiej okupacji Alcatraz 1969-1971. Fot. K.Mączkowski
Na fot. Plakat pamiątkowy indiańskiej okupacji Alcatraz 1969-1971. Fot. K.Mączkowski

Jesteśmy na Wyspie Alcatraz, by powiadomić świat, że mamy prawo używać naszej ziemi dla własnego dobra. […] My, tubylczy Amerykanie, odzyskujemy ziemię znaną jako Wyspa Alcatraz w imieniu wszystkich amerykańskich Indian na mocy prawa odkrywców.
Pragniemy być uczciwi i honorowi w naszych stosunkach z białymi mieszkańcami tej ziemi i niniejszym proponujemy im następujący traktat:
Zakupimy rzeczoną Wyspę Alcatraz za dwadzieścia cztery dolary (24) w szklanych paciorkach i czerwonym suknie, w oparciu o precedens nabycia przez białego człowieka podobnej wyspy około 300 lat temu. Wiemy, że 24 dolary w towarach za te 16 akrów to więcej, niż zapłacono za Wyspę Manhattan, ale wiemy też, że wartość ziemi wzrosła przez te lata. Nasza oferta 1,24 dolara za akr jest wyższa, niż 47 centów za akr, które biały człowiek płaci obecnie Indianom Kalifornii za ich ziemię.
Wykorzystując powszechne zainteresowanie światowej opinii publicznej ogłosili, że Alcatraz jest idealnym miejscem dla tego rodzaju działalności, gdyż przypominało inne rezerwaty na terenie Ameryki:  
Jest odcięte od nowoczesnych urządzeń i nie ma odpowiednich środków transportu.
Nie ma świeżej bieżącej wody.
Nie ma odpowiednich urządzeń sanitarnych.
Nie ma tam praw do ropy ani minerałów.
Nie ma tam przemysłu, więc bezrobocie jest bardzo wysokie.
Nie ma tam placówek opieki zdrowotnej.
Gleba jest skalista i nieurodzajna; nie ma też na niej zwierzyny.
Nie ma tam placówek oświatowych.
Zaludnienie zawsze przekraczało możliwości.
Jej mieszkańców zawsze przetrzymywano jak więźniów i osoby uzależnione od innych.
Ponadto, byłoby stosowne i symboliczne, by statki z całego świata, wpływające w Złote Wrota, widziały po pierwsze Ziemię Indian, co przypominałoby prawdziwą historię tego kraju. Ta niewielka wysepka byłaby symbolem wielkich ziem, nad którymi panowali niegdyś wolni i szlachetni Indianie.
Dlatego w imieniu wszystkich Indian zajmujemy tę wyspę dla naszych indiańskich narodów, uznając że jest to roszczenie sprawiedliwe i właściwe, i że ziemia ta powinna być nam prawnie przyznana na tak długo, jak długo płynąć będą rzeki i świecić będzie słońce
.

W pierwszej fali społecznego zainteresowania na Alcatraz zawitali m.in. Jane Fonda i Marlon Brando. Po raz pierwszy w listopadzie 1969 r. zorganizowano wielkie modlitewne zgromadzenie Indian, liczące przeszło 400 osób, które celebrowało Święto Dziękczynienia, po indiańsku, czyli skupiając się na pierwszych indiańskich ofiarach kolonizatorskiej polityki eksterminacji.

Rząd federalny od początku postawił na blokadę wyspy, aczkolwiek dopuszczał transport żywności i wody, licząc na to, że Indianom ta okupacja zwyczajnie się znudzi i wrócą na ląd.


Rząd, jakby dla pokazania dobrej woli, przystąpił także do negocjacji, choć nie zgadzał się na żadne ustępstwa, nawet wtedy, gdy okupanci chcieli założyć indiański uniwersytet, centrum kultury. Próbował przekonać Indian, by stworzyli sobie „alternatywne Alcatraz” w stanie Kalifornia, ale ci nie podjęli tego wątku. Z czasem wielka społeczna sympatia dla Indian zaczęła się wyczerpywać. Coraz częściej media zaczęły się prezentować ich jako złodziei, leni, narkomanów i alkoholików. Zaczęły się pojawiać mniej lub bardziej sensacyjne opowieści o bijatykach między aktywistami.

Pretekstem do akcji zbrojnej przeciwko okupantom Alcatraz w 1971 r. miało być zderzenie dwóch tankowców na Zatoce San Francisco, które nie widziały światła. Latarnia na Alcatraz już dawno nie działała, ale Nixona to nie interesowało: zapadła decyzja o usunięciu protestujących.

Okupacja Alcatraz nie przyniosła żadnych bezpośrednich korzyści i efektów, jednak atmosfera polityczna wokół „spraw indiańskich” zaczęła się powoli zmieniać. Jeden z uczestników okupacji Fortunate Eagle, Anishinaabe z Red Lake – cytowany przez Tawacin – mówił, że okupanci położyli kres rządowej polityce likwidacji z 1953 r., kiedy rząd chciał zniszczyć rezerwaty, zerwać traktaty i zamknąć Biuro Do Spraw Indian: Dzięki Alcatraz ocaliliśmy Kraj Indian, bo 8 lipca 1970 r. prezydent Nixon odrzucił politykę likwidacji. Wszyscy Indianie powinni być wdzięczni weteranom okupacji. Inny – bardziej znany w Polsce – aktywista, którego gwiazda zabłysła po raz pierwszy właśnie na wyspie, John Trudell, podczas okupacji założyciel i redaktor indiańskiego radia, mówił, że po czasie bezbronności, bezpośrednio lub pośrednio, rząd federalny zakończył politykę likwidacji tubylczych plemion i zainicjował politykę ich samookreślenia.

Gorące lata 70.

Zakończona w czerwcu 1971 r. okupacja na trwałe obudziła indiańskie dążenia wolnościowe. W całym kraju zaczęły się liczne protesty i głośne manifestacje kontynuujące „idee z Alcatraz”, ale podnoszące także coraz to nowsze sprawy.

Rok po zakończeniu okupacji Alcatraz, przez USA przemierza Karawana Złamanych Traktatów, „protest gwiaździsty” karawan samochodowych z różnych części kraju do Waszyngtonu, gdzie następuje ogłoszenie postulatów pochodzących z wielu indiańskich rezerwatów, a dotyczących – podobnie jak na Alcatraz – trudnych warunków życia i dyskryminacji Indian.

W lutym 1973 r. dochodzi do innej głośnej akcji Indian w USA – tym razem w osadzie Wounded Knee w Dakocie Południowej – z udziałem uzbrojonych oddziałów AIM, wezwanych przez indiańską starszyznę rezerwatu Pine Ridge, ciemiężoną przez rządy skorumpowanych władz rezerwatu, będących na usługach rządu federalnego.

Okupacja osady, zwana Wounded Knee II (w nawiązaniu do masakry z 1890), rozpaliła emocje Indian i białych. "Akwesasne Notes", pismo Mohawków, pisało w 1975 r.: To oczywiste, że USA nie będą w stanie powstrzymać rosnącego ruchu na rzecz tubylczego samookreślenia, który Wounded Knee pomogło rozbudzić. Kwestie te dotykają każdego – nie tylko Indian, dotyczą bowiem niewłaściwego postępowania z ziemią i ludźmi oraz narzuconych im dyktatorskich metod rządzenia. Walka w Wounded Knee była walką o ludzką godność i życie w Ameryce Północnej – szkoda, że tak mała grupa ludzi musiała niemal samotnie toczyć tak ważną walkę. Ale jest nadzieja: w Wounded Knee cytowano proroctwo, które mówi, że ‚kiedy czerwony człowiek zacznie się jednoczyć, inne rasy do niego dołączą.

Jeden z bardziej znanych indiańskich myślicieli, Vine Deloria Jr. (Siuks ze Standing Rock) w swojej książce Po Szlaku Złamanych Traktatów z 1985 r., czyli długo po okupacji, pisał: Wounded Knee oznaczało, że Indianie byli zdecydowani poszukiwać swojego miejsca w świecie, że ogłosili swoje wyzwolenie – jeśli nie fizyczne, to duchowe – od przeszłości i że wkraczają oto przed światem w nową fazę istnienia, której dotąd im odmawiano. Widok, jak małe indiańskie plemię usiłuje zrzucić więzy kolonializmu i stać się wolnym narodem fascynował europejskich dziennikarzy, którzy odwiedzali USA i przybywali do Wounded Knee.

Indiańska rewolucja – dziś znana również pod hasłem #NativeLivesMatter – rozprzestrzeniła się po całym kraju. AIM był inicjatorem i organizatorem znacznie większej liczby akcji w kraju – za każdym razem Indianie podnosili kwestie praw obywatelskich, politycznych, ekonomicznych, społecznych i religijnych. I choć żadna z tych kampanii nie przyniosła żadnego bezpośredniego efektu, to działały na zasadzie kropli drążącej skałę – były kolejnym etapem odzyskiwania indiańskiej tożsamości w Stanach.

Tubylczy Amerykanie próbowali – z lepszym i gorszym skutkiem – uczestniczyć w życiu politycznym USA: brali udział w kampaniach politycznych (Russell Means, lider okupacji z 1973 r. był nawet swego czasu kandydatem na prezydenta USA), powoływali swoje loklane i krajowe organizacje społeczne kulturowe i polityczne. Byli aktywni na forum ONZ przypominając o panindiańskiej tożsamości całej Ameryki. Aktywizowali się indiańscy artyści, pisarze, muzycy przypominający o tubylczym dziedzictwie Ameryki.

#NativeLivesMatter


Gdy w 2015 r. w Kanadzie wybuchł głośny kilkumiesięczny protest Idle No More! (INM) przeciwko konserwatywnemu rządowi premiera Stephena Harpera, który chciał zawłaszczyć surowce naturalne znajdujące się na terenach tamtejszych rezerwatów i zniszczyć obszary przyrodniczo cenne, sprawa nowej rebelii w USA była kwestią czasu.

W 2016 r. w Standing Rock w Dakocie Północnej zgromadzenie ok. 15.000 Indian z wielu plemion – od Alaski po Amazonię – protestowało przeciwko rurociągowi Dakota Access (DAPL), który naruszał obszary traktatowe Siuksów ze Standing Rock, a także zagrażał zasobom wodnym w rezerwacie i na obszarach rolnych (zresztą uprawianych przez Białych) poniżej rezerwatu. Protest przeciwko DAPL, który trwał przez rok, był głośny również z tego powodu, że stał się symbolem sprzeciwu wobec „nowej kolonizacji”, za którą Indianie w USA uznają ekspansję koncernów wspieranych przez rząd na tereny traktatowe lub święte, a jednocześnie dewastujących środowisko naturalne. W dobie światowej debaty o przeciwdziałaniu zmianom klimatu wiele organizacji indiańskich wpisało argumenty ekologiczne na swoje sztandary jako uzupełnienie swoich plemiennych.

Dodatkowo, amerykańscy Indianie „zachęceni” przykładem z Kanady – gdzie tubylcy na fali INM, biorąc masowo udział w wyborach, przyczynili się do odsunięcia konserwatystów od władzy – chcieli ten sukces powtórzyć również w USA. Zbliżające się wybory prezydenckie, kiedy głównymi rywalami był Donald Trump i Hillary Clinton, miały być okazją do tego, by rozpocząć nową politykę wobec Indian, zapowiadaną zresztą przez ustępującego Baracka Obamę. To właśnie on kilka lat wcześniej – właśnie w Standing Rock – ogłaszał nowy rozdział w relacjach rządu federalnego z narodami indiańskimi USA.

Niestety, niejednoznaczna postawa Clinton, szukającej wsparcia finansowego z koncernów, nie była przekonywująca jako symbol nowej polityki – i „powtórki z Kanady” nie było. Wygrał Trump, odwołał wszystkie dobre dla Indian decyzje poprzednika i rozpoczął politykę konfrontacji wobec Indian w kraju. Ogłosił np. wolę budowy kilku kontrowersyjnych z ekologicznego punktu widzenia inwestycji na terenach uznanych przez Indian za święte, zaczął rozważać zniesienie obecnego statusu indiańskich rezerwatów, które mimo pierwotnych założeń, stały się miejscami samoorganizacji społecznej i budowy ekonomii plemiennej, zaczął rozważania nad zmianą statusu indiańskich kasyn, które w wielu rezerwatach stały się źródłem stabilności finansowej plemion, źródłem finansowania indiańskiej służby zdrowia, szkół i przedsiębiorstw.

W atmosferze napięć podsycanych przez administrację Trumpa łatwo było przewidzieć, że społeczności indiańskie zareagują na tę nową politykę niesprawiedliwości. Protesty spod znaku #BlackLivesMatter stały się zapalnikiem. Organizacje indiańskie nie tylko wsparły ruch #BLM, ale także przypomniały o swoich postulatach, spod znaku #NativeLivesMatter. A problemów jest co niemiara.

Ruch Indian Amerykańskich, powstały w Minneapolis pół wieku temu dla obrony społeczności indiańskich w mieście przed rasistami, teraz „powrócił do źródeł”. Ośrodki kulturalne i pomocowe prowadzone przez tubylczych Amerykanów poprosiły AIM o pomoc i w 2020 r., po 52 latach od powołania, na ulice miasta wróciły patrole Ruchu.

Nastała era covida, który bardzo mocno dotknął wiele społeczności rezerwatowych mających problemy z dostępem do czystej wody i brakami sanitarnymi. W pewnym momencie rezerwat Dine (Nawaho) był drugim, po Nowym Jorku, ogniskiem zapalnym koronawirusa w USA.

Ewa Dżurak z Polsko-Amerykańskiego Towarzystwa Etnologicznego w siedzibą Atlantic City, działającego od 1976 r., informowała, że pomoc rządowa, chociaż szumnie zapowiadana, nadchodziła w tempie ślamazarnym. Z całej sumy, którą rząd federalny, na mocy ustawy „Coronavirus Aid, Relief, and Economic Security (CARES)” przeznaczył na pomoc finansową w celu złagodzenia ekonomicznych skutków pandemii, osiem milionów dolarów przeznaczono na pomoc dla rządów plemiennych. Przez wiele miesięcy pieniądze do plemion nie dotarły.

Emocje narastały także na preriach: w Dakocie Południowej w swoich rezerwatach Siuksowie i Szejenowie postawili punkty kontrolne na granicach rezerwatów, jako formę ochrony przed koronawirusem, by mieć kontrolę nad ruchem na swoim terenie. Tymczasem gubernator stanu, Kristi Noem, ogłosiła, że są one nielegalne i zażądała ich zdjęcia. Władze społeczności Cheyenne River oraz Siuksów Oglala powołały się na swoje prawa do kontroli obszarów rezerwatowych i check-pointów nie zlikwidowały. Gubernator sprawę skierowała do prokuratora generalnego.

Nadal jątrzącą raną w społecznościach indiańskich jest problem zaginięć, morderstw i gwałtów na tubylczych kobietach. Twórcy kampanii pod nazwą #MMIWG Missing & Murdered Indigenous Women and Girls (charakterystycznym motywem kampanii jest czerwony ślad dłoni odciśnięty na twarzy lub – też czerwone – suknie wieszane w miejscach publicznych) przypominają, że tubylcze kobiety w USA (i Kanadzie) są bardziej dotknięte napaściami, morderstwami i zaginięciami na tle seksualnym niż kobiety innych nacji. W USA Indianki są dwu- lub trzykrotnie bardziej narażone na przemoc niż jakakolwiek inna grupa demograficzna w kraju.

Ma to swoje odniesienie do trudnej historii, również tej najnowszej. Twórcy indiańskiego serwisu internetowego PowWow.com piszą: Kobiety we wszystkich kulturach od zawsze były celem przemocy bardziej niż mężczyźni. W społecznościach rdzennych Amerykanów, które doświadczyły dodatkowych problemów z powodu kolonializmu oraz wynikających z tego uprzedzeń i trudności ekonomicznych, problemy te ulegają pogorszeniu. Ma to znaczący wpływ psychologiczny zarówno na jednostki, jak i na całe grupy, które są stale poniżane, zwalniane i oczerniane od pokoleń.

Stąd też silny nacisk organizacji praw człowieka i organizacji kobiecych – niekoniecznie tubylczych – na eliminację seksualnej symboliki z przestrzeni publicznej, łącznie z nazewnictwem. Dzisiaj na przykład stare algonkińskie słowo squaw oznaczające kobietę, jest używane jako synonim … dziwki. Ulubionymi przebraniami białych imprezowiczów w święto Halloween są stroje kuso ubranych Indianek jako synonimu łatwego seksu. Eliminacja tych symboli to nie tylko kwestia zastosowania instrumentów prawnych, ale zmiany mentalności.

Na tym tle liczne przypadki obalania pomników Kolumba w amerykańskich miastach zbytnio nie szokowały. Dla Indian jest on symbolem ludobójstwa, eksterminacji i wywłaszczania z ziem, tradycji i religii, a kult Kolumba i „odkrycia Ameryki” uwłacza ich godności. I właśnie ten symbol obalają. Jest dla nich równie mocno znienawidzony, jak nie przymierzając u nas Lenin, Stalin i inni komunistyczni władcy ery PRL.

Z cokołów poleciały pomniki innych oprawców – dawnych gubernatorów i kolonizatorów – niechlubnie zapisanych w historii kontynentu północnoamerykańskiego. Ówczesna erupcja gniewu to efekt ignorowania, pogardzania, a często atakowania tubylców amerykańskich przez władze stanowe i federalne, niekiedy wspierane przez milicje białych rasistów. Dotąd organizacje indiańskie i nieindiańskie organizacje praw człowieka w Stanach podnosiły, że niektóre z tych pomników ranią tubylczą wrażliwość i uniemożliwiają obiektywną dyskusję o skomplikowanej historii kraju i poszczególnych jego regionów. Bezskutecznie.

Gdy przeczytałem – po raz pierwszy w czerwcu 2020 r. – hasło: czas na Mount Rushmore!, wiedziałem, że na obalaniu pomników w miastach się nie skończy. W górze Rushmore zostały wykute twarze czterech amerykańskich prezydentów: Waszyngtona, Jeffersona, Roosevelta i Lincolna. Mało kto jednak wie, Rusmore leży na terenie Black Hills (indiańskie Paha Sapa), świętych gór kilku plemion, miejscu ich pielgrzymek i modlitw.

Właśnie tam prezydent Trump, nie ukrywający swej niechęci do narodów indiańskich, zorganizował centralne w 2020 r. roku obchody amerykańskiego święta niepodległości 4 lipca, przypominając o wielkości Ameryki. Przyjeździe delegacji rządowej towarzyszyły kilkugodzinne protesty Indian z kilku plemion i nieindiańskich sojuszników połączone z blokadą dojazdowych dróg do Rushmore, podczas których przypominano prawdę o Czarnych Wzgórzach.

Nigdy nie zostały sprzedane Stanom, mało tego, Amerykanie podpisywali w traktatach, że to terytoria przynależne Siuksom. Jednak w momencie odkrycia tam złóż złota wszystkie te uzgodnienia zostały złamane. Black Hills stały się terenem eksploatacji złóż tego kruszczu, a potem stały się popularnym miejscem amerykańskiej turystyki. Wszystko to, łącznie z twarzami prezydentów, jest traktowane przez Indian jako agresja na ich tereny.

Nagle się okazało, że wszystkie te małe protesty, pretensje, żal i gniew zamieniły się w rwącą rzekę, która podmyła nogi butnemu Trumpowi. I nastała era Joe Bidena, inna pod każdym względem. Również stosunku do społeczności tubylczych.

„Jestem zawzięta”

Od samego początku nowy prezydent USA zaznaczał swój szacunek dla tradycji tubylczych Amerykanów. Jedną z jego pierwszych decyzji było zatrzymanie budowy kanadyjsko-amerykańskiego rurociągu XL Keystone, przeciwko któremu (obok Dakota Access Pipeline i Line3) protestowało wiele indiańskich narodów i organizacji (w czerwcu 2021 r. ogłoszono ostateczny koniec tej inwestycji).

Jedną z najbardziej symbolicznych, ale mającą bardzo realny wpływ na zmianę polityki rządu federalnego wobec społeczności indiańskich, było powołanie Deb Haaland na sekretarza ds. wewnętrznych. To spora nowość w amerykańskiej polityce.

Debra Anne Haaland z Pueblo Laguna, urodzona w 1960 r., jest amerykańską polityk, reprezentującą 1. Dystrykt stanu Nowy Meksyk w Izbie Reprezentantów od wygranych wyborów w 2018 r. Obok Sharice Davids, z narodu Ho-Chunk (Winnebago), była wówczas jedną z dwóch pierwszych indiańskich polityczek zasiadających w Kongresie USA. Ciekawostką jest, że Deb Haaland podczas ceremonii zaprzysiężenia w styczniu 2019 r. miała na sobie tradycyjną sukienkę Pueblo, naszyjnik i mokasyny.

Haaland, liderka Partii Demokratycznej w Nowym Meksyku, jest znana ze swojego zaangażowania w sprawy obrony ludów tubylczych w Stanach Zjednoczonych, jak również we wspieranie programu Nowego Zielonego Ładu i realizację programów ochrony środowiska. Będąc congresswoman zasiadała m.in. w komisji ds. zasobów naturalnych, ale również przewodniczyła podkomisji ds. parków narodowych, lasów i obszarów publicznych. Zasiadała również w podkomisji ds. ludności tubylczej.

Nominacja został ogłoszona na historycznych terenach Lenapów w Wilmington w stanie Delaware. To właśnie tutaj padły znamienne słowa Haaland, które stały się symbolem aktywności samej Haaland: Dorastanie w domu mojej matki w Pueblo sprawiło, że stałam się zaciekła (zawzięta). Będę zaciekła (nieugięta) dla nas wszystkich, naszej planety i wszystkich naszych chronionych ziem. Jestem zaszczycona i gotowa służyć.

Departament Spraw Wewnętrznych to urząd odpowiedzialny za ochronę zasobów naturalnych kraju i prowadzenie federalnej polityki w zakresie powiernictwa. Zarządza rozległymi obszarami publicznymi i wodami przybrzeżnymi Ameryki, odpowiada za politykę rządu federalnego wobec narodów indiańskich, nadzorując jednocześnie takie jednostki, jak Biuro do Spraw Indian czy Biuro Edukacji Indiańskiej.

Nominacja Haaland żywo została przyjęta w całym Kraju Indian, jak o Ameryce mówią sami tubylcy. Jeden z komentatorów powiedział, że w rządzie zasiądą osoby które widziały, jak to jest po drugiej stronie, jeśli chodzi o społeczności, które ucierpiały. Sama zainteresowana potwierdza: Niesprawiedliwość środowiskowa i ekonomiczna dotknęły tak wiele społeczności. Mają one dość. Chcą, abyśmy zwracali uwagę i im pomogli… Jeśli chodzi o Kraj Indian, chcę mieć pewność, że przywódcy plemienni – i wszystkie zmarginalizowane społeczności – zajmą miejsce przy stole.

Jeden z reprezentantów z Arizony, który wspierał Haaaland, Raúl M. Grijalva, powiedział przy okazji jej nominacji: To ważne, aby nikt nie pozostawał w tyle, gdy idziemy do przodu.

Amber N. Benally z Narodu Diné (Navaho) jest menedżerem Rising Leaders w Grand Canyon Trust, grupie ochrony przyrody z siedzibą we Flagstaff, której programem jest podnoszenie świadomości ekologicznej i przygotowywanie ludzi do pracy w kwestiach sprawiedliwości środowiskowej. Dla mnie, młodej tubylczej kobiety, to wielkie przeżycie zobaczyć, że Deb Haaland osiągnęła obecną pozycję, biorąc pod uwagę skąd pochodzi i rzeczy, z którymi musiała się zmierzyć. To naprawdę kluczowy moment dla mnie i studentów, z którymi pracuję, powiedziała.

Barbara Bessette, Chippewa Cree, powiedziała dla "Great Falls Tribune", że nominacja Haaland oznacza wzmocnienie odporności i determinacji rdzennych mieszkańców Ameryki: Przez stulecia stosunki między rdzennymi mieszkańcami a rządem federalnym Stanów Zjednoczonych charakteryzowały się inwazją i okrucieństwem. Trwanie dzisiaj jako rdzennej kobiety i obserwowanie, jak inna Indianka wznosi się na najwyższe szczyty rządu federalnego, jest świadectwem nieustępliwego siła ducha, którą przekazali nam nasi przodkowie, nasze matki i babcie.

Chase Iron Eyes, indiański aktywista i prawnik z Lakota People’s Law Project, podekscytowany tą nominacją, powiedział: To się nie mieściło się w naszych marzeniach, aby na takim szczeblu zasiadała Indianka.

Właśnie tak, marzenia okupantów z Alcatraz, Wounded Knee, a nawet bojowników ze Standing Rock tak daleko nie sięgały.

A to, co dzieje się teraz w Kanadzie, i to, co za chwilę wydarzy w Stanach Zjednoczonych - za sprawą rozpoczętego śledztwa w sprawie amerykańskich szkół rezydencjonalnych - to nowy rozdział współczesnej historii społeczności tubylczych Ameryki Północnej.




* Sytuacja z używaniem słów „Indianie”, „indiański” jest niejednoznaczna i może ulegać zmianom. Niektórzy Indianie używają „American Indian” w nazwach swoich inicjatyw i organizacji – do najbardziej znanych należą: National Congress of American Indians (NCAI), Institute of American Indian Arts (IAIA), American Indian Movement (AIM), International Indian Treaty Council (IITC), Indian Country Today (ICT), czy National Museum of the American Indian (NMAI). Wiele organizacji tubylczych, zapraszając w mediach społecznościowych na swoje wydarzenia i spotkania, używa hasztagu #IndianCountry. Inni nie uznają innych określeń, niż „Native Americans” (w USA) „First Nations” (w Kanadzie), czy „Indigenous” (w obu krajach). Wiele grup i osób stosuje zamiennie różne określenia, preferując nazwy we własnych językach, ale rozumiejąc też związane z tym ograniczenia. John Trudell, znany dakocki pieśniarz, poeta i aktywista, w jednym z wywiadów mówił, że tubylcy amerykańscy nie są żadnymi „Indianami”, ani żadnymi „Native Americans”, ale są Siuksami, Komanczami, Czarnymi Stopami, Szoszonami itp.




___________________________________________________________

więcej na www.amerykaindianska.pl

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura