Życie marzeniami i przebywanie przez dłuższy okres czasu w świecie fikcji, pobożnych życzeń i fantazji może doprowadzić do szoku lub bardziej poważniejszych uszczerbków na umyśle.
Trzeba unikać marzeń, których zrealizowanie jest niemożliwe, a trwanie w takim stanie z każdym dniem oddala bujających w obłokach od rzeczywistości i pozbawia zdrowego rozsądku.
Liczne są przypadki, że pensjonariusze zakładów psychiatrycznych podają się za Napoleonów, Piłsudskich, Cezarów, Kolumbów i licho wie, kogo tam jeszcze. Z biegiem czasu przybierają podobne do nich pozy, sposób mówienia, zachowania. Przypisują sobie wielkie cnoty, osiągnięcia i niebywałe, wyjątkowe zalety umysłu, które upoważniają ich do zrealizowania jakiejś wielkiej wyimaginowanej misji.
Długotrwałe trwanie w takim chorobliwym stanie powoduje, że otoczenie dla świętego spokoju zaczyna zwracać się do tych biednych ludzi per Napoleon, Cezar czy jak tam, kto woli i lubi. Tym samym „wielcy” utwierdzają się w swej niekwestionowanej wielkości, a reszta ukrywając i tuszując ich pychę, głupotę, pewność siebie i przechodząc do porządku dziennego nad chorą megalomanią myśli, że tak może będzie lepiej i wygodniej.
Gorzej jak taka grupa „nieprzeciętnych” wbrew zdrowemu rozsądkowi zaczyna tworzyć swój mały chory świat zupełnie na serio.
„Premier z Krakowa” i „Prezydent Tusk” nie pogodzili się z porażką i jak na to wszystko wskazuje postanowili tkwić dalej w swoim wyimaginowanym świecie.
Pamiętam jak uroczystość zaprzysiężenia rządu PiS-u przyćmiła konkurencyjna impreza gabinetu cieni Jana Marii Władysława i jeśli się nie mylę Piotra Rokity. Jak przystało na nowoczesną formację odbyło się to w bardzo spektakularny i nowatorski sposób. Pomysł zaczerpnięto z siatkarskiego meczu. Najpierw Jan Maria itd. Rokita wyczytywał nazwisko delikwenta, po czym ten wybiegał lub wychodził na środek parkietu wśród świateł i aplauzu widowni. Kolejni ministrowie gratulowali sobie wzajemnie nominacji. Były uściski, pocałunki i łzy radości. Wszystko jak słowo daję było jak w niespełnionym śnie. Dopisały media, przeprowadzono bezpośrednią transmisję z tej doniosłej uroczystości.
No cóż, wydawało się , że oprócz rekompensaty za przegrane wybory taki „drugi” rząd stanie się cywilizowaną opozycją, śledzącą krytycznie poczynania poszczególnych resortów. Niestety.
Zawirowań, konfliktów, kłótni w gabinecie cieni nie zabrakło, co dodaje temu tworowi wiarygodności. W tej chwili już nie wiadomo czy to ciało nadal istnieje.
Politycy PO nadal nie wyciągnęli właściwych wniosków z porażki. Zamiast odrobiny pokory znowu zaczynają wypowiadać się tak jak gdyby przejęcie przez nich władzy było czymś oczywistym i stuprocentowo pewnym. Oprócz Tuska i Rokity to Bronisław Komorowski z charakterystycznym ironicznym uśmiechem opowiada ciągle o rządach platformy już w czasie teraźniejszym.
Polityk ten przewyższa chyba, dyspozycyjnością i gotowością do udzielania wywiadów wszystkich pozostałych. Cieszy się za to nieukrywaną sympatią większości środowiska dziennikarskiego.
Zapadł mi bardzo w pamięci dzień 9 stycznia 2006 roku. Wtedy to właśnie po raz pierwszy zacząłem coś podejrzewać.
Tego właśnie dnia gościem Katarzyny Kolendy-Zalewskiej miał być w „Gościu porannym TVN24” Janusz Kurtyka, który w ostatniej chwili odwołał swoje przybycie. Program się jednak odbył, gdyż jakimś cudem przypadkowo w pobliżu znajdował się niezastąpiony Bronisław Komorowski.
Sytuacja powtórzyła się tego samego dnia późnym wieczorem. Monika Olejnik przeprosiła widzów za nagłą nieobecność w jej programie Zyty Gilowskiej, która w ostatniej chwili przełożyła swój udział w programie na dzień następny. I ten program jednak się odbył z udziałem posła, Bronisława Komorowskiego, który szczęśliwie przechadzał się przypadkowo w pobliżu telewizyjnego studia.
Krążą plotki, że istnieje cicha umowa między dziennikarkami, a posłem. W godzinach porannych upudrowany i starannie odprasowany poseł jest wożony tak na wszelki wypadek w bagażniku samochodu Kolendy-Zalewskiej zaś wieczorem jest potajemnie przepakowywany do bagażnika samochodu Moniki Olejnik.
W tan oto prosty sposób wybitne dziennikarki zabezpieczają się przed wpadką, a Bronisław Komorowski ma stały kontakt ze społeczeństwem.
Czy choćby z uwagi na samo poświęcenie i nieukrywana chęć sprawowania władzy nie powinniśmy tym chłopcom to umożliwić?
Inaczej zanudzą nas na śmierć.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)