Elity polityczne, gospodarcze i kulturalne, które ukształtowały się po 89 roku żyły sobie jak przysłowiowe pączki w maśle. Całe to towarzystwo wzajemnej adoracji, które na plecach spontanicznego oddolnego ruchu, jakim była solidarność wdarło się na salony, uwierzyło, iż na zawsze przejęli rząd dusz w naszym kraju i dzierżyć go będą do końca świata poprzez swoje dzieci, wnuki i grono zasłużonych wazeliniarstwem protegowanych.
Paradoksem jest, że pierwsza Solidarność, bezprecedensowy masowy oddolny społeczny ruch zakończył się zwycięstwem, którego beneficjentami została odgórnie stworzona pseudo-elita kulturalna, gospodarcza i polityczna. Co prawda z biegiem czasu cała ta „elyta” ponosiła pewne straty, ale zbytnio się nimi nie przejmowała.
Spośród pierwszych list stu najbogatszych trup ścielił się gęsto. Upadały niektóre autorytety, jednak udawało się jakoś przetrwać unikając masowej akcji dobrania się samozwańcom do skóry.
Czołowym strategiem i pomysłodawcą torpedowania ewentualnych zagrożeń dla klasy panującej był Adam Michnik z liczną klaką przybocznych adiutantów. Ten ponoć wielki umysł nie wymyślił jednak niczego nowego dla trzymania pod ochronnym kloszem właścicieli III RP.
Garściami łączył goebelsowskie metody propagandowe z bolszewickim dorobkiem w tej materii. Najlepiej szło temu środowisku w etykietowaniu przeciwników.
Przez te wszystkie lata poznaliśmy niezliczoną ilość antysemitów, zwierzęcych antykomunistów, chorych z nienawiści lub nienawiścią zaślepionych, oszołomów, partaczy, prymitywów, nieudaczników.
W miarę upływu czasu rosła jednak liczba zagrożeń i rzesza tych, którzy po latach zaczęli przeglądać na oczy.
Jeżeli coś może naruszyć nasze wpływy, władzę, nietykalność i powszechny majestat to należy przedstawić to tak miejscowej gawiedzi, aby pomyślała, że to ona tak naprawdę jest zagrożona, a my jesteśmy jej jedynymi obrońcami.
I tak lustracja miała dotknąć i skrzywdzić przede wszystkim zwykłych niewinnych ludzi i doprowadzić do fali niewiarygodnych pomówień, powszechnych krzywd i fali samobójstw.
Jeżeli na horyzoncie pojawiło się widmo deesbekizacji i dekomunizacji to trzeba było grzmieć na cały niemal glob w obronie szeregowego członka partii z Parczewa, Pani Władzi, która sprzątała jakiś dzielnicowy komisariat MO w Lubartowie, czy Pani Wiesi, co to parzyła kawę różnym Piotrowskim, Pękalom i Chmielewskim.
Trzeba było wytworzyć atmosferę ogólnego zagrożenia, aby zamaskować fakt, że tak naprawdę walczymy tylko o własną skórę.
Dzisiaj, kiedy powstała zupełnie nowa służba specjalna, CBA, w której nie możemy liczyć na lojalność Bieszyńskich, Kurników i innych typków tego rodzaju. Kiedy w ministerstwie rozsiadł się znienawidzony Ziobro, żywe zaprzeczenie profesjonalnego Jurka Jaskierni, znowu trzeba wznieść larum w obronie szarego obywatela, któremu grozi śmiertelne niebezpieczeństwo.
Od Tuska, przez Kalisza, Zolla, Michnika i tabuny „niekwestionowanych autorytetów”, wszyscy mówią tak jakby byli członkami naszych rodzin.
„Każdy Polak odczuwa strach i niepokój”, „Polacy boją się dzwonka do drzwi o szóstej rano”, „Na każdego znajdzie się artykuł”, „Polacy nie chcą żyć w strachu i niepewności”.
Nie wiem jak inni, ale ja i ci, których znam śpią jakoś wyjątkowo spokojnie. Mało tego, coraz bardziej zdajemy sobie sprawę, że ci samozwańczy obrońcy ludu walczą po raz kolejny tylko o własną skórę.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)