Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski
262
BLOG

Z OSTATNIEJ CHWILI: POŻAR PO POLSKU. Relacja uczestnika.

Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski Rozmaitości Obserwuj notkę 2

Świadectwo

Uczestniczyłem w polskim pożarze. Dziś w nocy. Wielki budynek w jednym z wielkich naszych miast. Chyba tylko kilkudziesięciu lokatorów na kilkuset możliwych. Ja na ósmym piętrze. Jakoś o czwartej z minutami zbudził nas wibrujący sygnał alarmowy i szczekaczka, umieszczona w każdym pokoju. „Zagrożenie pożarowe, proszę natychmiast opuścić budynek najkrótszą z możliwych dróg, powiadamiając sąsiadów o alarmie. Korzystanie z wind jest zabronione”. I tak na okrągło. Wstaliśmy – ja i mój synek, który całą rzecz uznał za miłą przygodę – i wybiegliśmy na korytarz. Znaleźliśmy się w grupce kilkunastu piżamowców, co poniektóry z laptopem jako artykułem pierwszej potrzeby... Reszta na naszym piętrze zapiła i na próby budzenia reagowała agresywnie. My jednak pobiegliśmy za strzałkami, wymalowanymi na ścianach.

 

W labiryncie

Pożaru nie było ani widać, ani czuć. „Tym lepiej” – pomyślałem sobie – mamy trochę czasu”. Zbieganie z ósmego piętra po ewakuacyjnych schodach zabrało jednak chwil parę. Na koniec stanęliśmy tak jakby w piwnicy, przed zamkniętymi, szklanymi drzwiami. Podwójnymi! Jak je otworzyć? Chwila konsternacji. Głosy: „dobrze, że to pewnie nieprawdziwy pożar, bo co by było, gdyby?!”. Ale kto wie? W każdym razie trzeba szybko znaleźć jakieś inne wyjście, albo zbić te szklane drzwi. Bo co będzie, jak wszyscy z budynku tutaj zbiegną i docisną nas do tych szyb?

 

Cofamy się więc bezładnie i stadnie – uchylamy jakieś metalowe drzwi – i nagle, uff! recepcja, główne wejście. Ktoś rzuca: „fałszywy alarm”. Minitłumek natychmiast wraca windami do swoich pokojów. I wszyscy zaraz znowu śpią słodko, szczęśliwi i spokojni!

 

Śledztwo prywatne

Co do mnie – nie odpuszczam. Nie chcę polegać na pogłoskach. Podchodzę do recepcji i pytam, co jest. Pani roztrzęsiona. Jedna jedyna, sama na cały budynek. Wedle niej to „lokator z trzeciego” zrobił głupi kawał. Była tam jakaś gigantyczna studencka impreza, pani próbowała imprezę uciszyć, no i w zemście chlast, czujnik zbity, alarm wyje. Tak zdarza się przynajmniej kilka razy do roku, a kto to robi, nigdy dokładnie nie wiadomo, bo budynek nie ma monitoringu (aha, pomyślałem, to znaczy że ci, co zapili i odmówili ewakuacji, mieli rację, popartą doświadczeniem; jednakowoż zawsze jeden alarm na sto może się okazać prawdziwy).

 

Normalnie pewno szybko odwołano by zagrożenie pożarowe przez szczekaczki. Ale dodatkowe zamieszanie wynikło stąd jeszcze, że pani na recepcji zastępuje koleżankę i jest niezorientowana: gdzie klucze, co robić etc, jako że normalnie dyżuruje w innym budynku. A ta pani, która była na poprzedniej zmianie, nie miała zdaje się, czasu, żeby „nową” w arkana wprowadzić – a wobec takiej prośby jeszcze nakrzyczała, że się na autobus spóźni.

 

No ale w sumie i tak dobrze, że się udało alarm wyłączyć w miarę szybko. Bo jak wyje dłużej, to zdenerwowane towarzystwo z niektórych pokojów wyrywa ze ścian szczekaczkowe wyjce razem z korzeniami. Co powoduje, że włącza się ogólna syrena alarmowa drugiego stopnia, która robi o wiele więcej zamieszania – tylko że nie jest już tak dokuczliwa w poszczególnych pokojach i da się już spać.

 

Strażacy i kontrola

Nagle – trzeba przyznać, błyskawicznie! – pojawia się kilku strażaków. Roztrzęsiona pani mówi im od razu, że „już na trzecim była” i że „nic się nie dzieje”, i chce ich odprawić. Ale główny strażak nie odpuszcza, i słusznie. Dokonuje wizji lokalnej. Powiadamiam go o naszym utknięciu przed szklanymi drzwiami. Ogląda miejsce i twierdzi, że tak dalej być nie może, tym bardziej, że na niektórych piętrach brak w ogóle oznakowań ewakuacyjnych. Zapowiada, że jutro przyjdzie kontrola. I odchodzi. Administracja zabuli za wizytę dwóch straży pożarnych trzy tysiące złotych, na które złożą się stali lokatorzy.

 

No przecież

Na koniec roztrzęsiona pani tłumaczy mi (dwukrotnie!), że NO PRZECIEŻ NALEŻAŁO ZBIEGAĆ GŁÓWNĄ KLATKĄ SCHODOWĄ, a nie tą zapasową. Dobrze, tylko że strzałki na naszym piętrze wskazywały właśnie tę naszą drogę ewakuacji, a nie inną. Z kolei ofiarny młody lokator-ochotnik, który wspomagał roztrzęsioną panią podczas całego zdarzenia – widać dobrze zorientowany – tłumaczy mi, że podwójne szklane drzwi nie są wcale na trwałe zamknięte. Pierwsze skrzydła otwierają się na elektromagnes, przycisk jest obok; a za tymi skrzydłami zawieszone są klucze do drugich drzwi, co pozwala swobodnie wyjść na zewnątrz.

 

No ale

Dobrze – tłumaczę z kolei ja – NO,ALE to mi pan teraz mówi. Nieważne, że tak w ogóle drzwi da się otworzyć – ważne, żeby nie musiał tego robić Szerlok Holmes.

 

I poszedłem zaraz, na zimno, jeszcze raz sprawdzić, jak sprawa wygląda. Przycisk elektromagnesu faktycznie istnieje, widziałem – ale w zdenerwowaniu kompletnie nie skojarzyłem, do czego służy, sądząc, że to przycisk alarmu, który już i tak wył. Bo tak wygląda, jak przycisk alarmu. A na tym przycisku (jednorazowym, z taką plastikową zaślepką, którą należało najpierw wycisnąć kciukiem, praca chyba dość wysiłkowa) był nawet napis „wyjście ewakuacyjne” (ale nie: „tu nacisnąć, żeby otworzyć drzwi”) – tylko, że napis na tyle drobny i na ciemnym tle umieszczony, że nikt z nas, czyli z całego spanikowanego lekko tłumku frajerów, którzy uwierzyli w alarm, tego nie skojarzył. Nadto przycisk umieszczony był dwa metry od drzwi. Nie mówiąc już o tym, że elektromagnes w razie pożaru, przy podpaleniu sieci, może nie zadziałać.

 

Krótko mówiąc: klops po polsku zawczasu dobrze przygotowany. Całe szczęście, że nasza spanikowana grupa liczyła tylko kilkanaście osób.

 

Antecedencja sarmacka

Trudno się powstrzymać od przywołania wydarzeń z rodzimych mych stron. Początek lat siedemdziesiątych osiemnastego wieku w Poznaniu. Miasto niby porządne, ale polskie.

 

Otóż mieliśmy w tym Poznaniu wielki, gotycki kościół farny z potężną, opasłą i najwyższą w Wielkopolsce wieżą, zwieńczoną hełmem, przy którym hełm wieży mariackiej w Krakowie to był pikuś. Pewnej nocy wieża zaczęła się palić – a konkretnie, zaczęły się palić drewniane schody umieszczone w jej wnętrzu.

 

Miasto było porządne, więc ratownicy stawili się błyskawicznie. Miasto było porządne, więc ratownicy mieli do dyspozycji zawczasu przygotowane: piasek, beczki wody, wiadra, łopaty, bosaki tudzież ogromną drabinę, jedyną tych rozmiarów w mieście, specjalnie przystosowaną do wysokości wieży. Ale miasto było jednak polskie. Kluczami do pomieszczenia, w którym trzymano drabinę, dysponował kościelny, który akurat zapił w trupa i za cholerę nie mógł sobie przypomnieć ani tego, gdzie te klucze podział, ani tego, gdzie jest to zamknięte pomieszczenie z drabiną.

 

Wieża paliła się szybko, za nią fara. Dziś z poznańskiego odpowiednika kościołów mariackich Krakowa i Gdańska śladu nie ma.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Rozmaitości