inicjał, t. I, fol.23 verso
inicjał, t. I, fol.23 verso
Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski
234
BLOG

SILVA LELUM PEERELUM punkt 11: otoczenie: artychy & Kościół

Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 0

[transkrybowania raptularza mego z lat młodzieniaszkowatych, czyli późnogierkowskich, solidarnościowych i stanowojennych ciąg dalszy]

 

...i dalej objaśniam przestrzeń i czas otaczające mój raptularz… po objaśnieniu pochodzenia…

Związek
...Mama z Tatą spotkali się na studiach w poznańskiej Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. Dzięki temu w peerelowych ankietach w rubryce „pochodzenie” mogłem wpisywać „inteligenckie”.

Po studiach, w końcu lat pięćdziesiątych, rodzice przesiadywali notorycznie w tak zwanym „Związku”, czyli w klubie ówczesnego Związku Polskich Artystów Plastyków, w skrócie ZetPeAPe. Miejsce: Stary Rynek w Poznaniu, ohydny, pseudonowoczesny, piętrowy „leżowiec”, do dziś straszący pośrodku rynkowej połaci. Tam się – jeśli się artystą było – piło, jadło, tańczyło, w szachy grało, a przede wszystkim w tytoniowych oparach gadało. Przez cały dzień do późnego wieczora! Tam też można było złapać zamówienie na pracę: projekt, obraz, etalaż (czyli aranżację wystawy czy okna wystawowego). Potem powrót do domu, duuuża kawa „po turecku” (jeśli w ogóle była w kuchennej szafce) i praca przy desce kreślarskiej do białego rana. Albo przy sztaludze.

Generalnie Związek był apolityczny, acz z czasem okazał się en masse niepokorny i zaraz po stanie wojennym, w grudniu 1982 roku, komuna go z hukiem rozwiązała. Ale o tym opowiem kilkadziesiąt notek dalej.

Teatr
W poznańskim mieszkaniu Dziadków, czyli u Mamy, spotykało się w drugiej połowie lat pięćdziesiątych trochę młodych plastyków, filozofów, fizyków i innych takich oraz paru oryginałów, pod wspólnym szyldem miłośnictwa poezji, powieści latynoamerykańskich i muzyki filharmonicznej. Często gęsto snobistycznych. Potem Mama i Ojciec, skoro się pobrali, pracowali w teatrze, robili scenografie i kostiumy. Był to czas, kiedy w naszym mieszkaniu pojawiało się na pogaduszkach kilku znanych polskich malarzy i ludzi sceny (ale to wszystko zanim się jeszcze urodziłem – jam ich nie uświadczył).

Meble
Rodzice moi mieli szczęście: wygrali ogólnopolski konkurs na projekt zestawu mebli, wymyślili pierwszą polską meblościankę masową. Tata został wtedy wykładowcą na swojej uczelni, mama z początku uczyła w kilku szkołach, wreszcie trafiła do małej spółdzielni cepeliowskiej.


Przed wojną spółdzielnia była prywatnym zakładem; prowadził go człowiek zasłużony dla polskiego rzemiosła, pan X. Po wojnie go upaństwowili, ale przez długie lata szefem produkcji był jego syn, a pierwszym prezesem firmy zacny znawca rzemiosła. Rzemieślnicy rzeźbili meble stylowe i ludowe. Projekty robił początkowo pan Y, a potem na etat weszła moja Mama.

Co było nie tak – to gigantyczna liczba etatów administracyjnych… Nadto późniejszy Prezes spółdzielni z partyjnego nadania, nie miał już ze stolarstwem, a tym bardziej ze sztuką, nic wspólnego. 

Ale taka była w komunie norma.

Kościół i kpiny z ateizmu
Z początku – jak to w środowisku artystycznym i młodzieżowym – rodzice nie tyle odeszli od Kościoła, co przestali w nim bywać. Ale dość szybko wrócili.

Był powód: tak trochę, delikatnie, Pan Bóg dał znać o sobie. Ale jako dziecko nie byłem tego świadomy. W czasach, do których sięgam świadomością, sprawa była ustalona: do kościoła chodziło się coniedzielnie i obowiązkowo.

Dlatego też mieliśmy równie dużo znajomych artystycznych, co nabożnych. Przy różnych okazjach rodzice – jako było nie było, „artyści” – pokpiwali z „artystycznych” kpin z Kościoła. Zapóźnione polskie „épater le bourgeois”  kwitowali uwagami o snobizmie albo stwierdzeniem, że kpiarz jest „czerwony”. Tak pamiętam, odkąd pamiętam.

Charyzmatycy
I odkąd pamiętam, na Mszę Świętą chodziliśmy do dominikanów, a potem długo do karmelitów. Pod koniec lat siedemdziesiątych Mama odkryła grupy charyzmatyczne. Była to rozwijająca się dopiero w Polsce nowość. Oto w marcu roku 1979, będąc w Warszawie, zajrzała z ciekawości do kościoła dominikanów na Nowym Mieście. Przestąpiwszy próg zauważyła, że…

…akurat była Msza Św., w związku z czym Mama chciała wyjść, ale ludzie niektórzy robili zapraszające ruchy ręką. No więc weszła. Było to podobno wrażenie, że się jest w domu wariatów: szczególnie w momencie: […] „[przekażcie] sobie znak pokoju” wierni zaczęli się ściskać, całować i Bóg wie co robić. Taki to niezwykły kościół: nawet po mszy ludzie zostają na spotkaniu i odważnie czytają wiersze religijne, wygłaszają mowy. [t. I, fol. 26 verso]

Relacja Mamy tchnęła zarówno entuzjazmem jak i dystansem. Podobnie nasza – syna i męża - reakcja:

Sam na tym nie byłem i trudno mi określać i wydawać sądy. W tym jednak wypadku muszę coś powiedzieć – pierwsza rzecz [powtarzając za ojcem] […] – „powinno tak być zawsze, nie tylko w kościele na mszy”, a druga – że to GRUBA PRZESADA I TEATR. […] Nie wiem, czy wypada takie gesty szyderstwem zakrawające czynić. [t. I, fol. 26 verso]

Przez późniejsze dziesięciolecia mama chodziła na charyzmatyczne nabożeństwa – ale w Poznaniu, gdzie miały zwykle jakoś mniej „wylewny” charakter. Kocham charyzmatyków i wiele im zawdzięczam – tak na serio, to na pewno po trosze moje wymodlone zdrowie. Ale do dziś kocham z pewnym dystansem. Mea maxima culpa.

Awangarda
Termin „awangarda” był u nas dość skompromitowany, ponieważ na początku rodzice sami padli jego ofiarą. Za młodu w imię awangardowości powyrzucali z mieszkania Dziadków sporo solidnych sprzętów, zastępując je nowoczesną, artystyczną prowizorą ze sklejki, listewek i płyty pilśniowej. Na szczęście nie wszystko zdążyli wyrzucić, ale prowizorka pozostała u nas  na wieki wieków. Pozostał też nowoczesny gust mego Taty. Tym niemniej idee „awangardowe” jako takie skutecznie się w naszym domu skompromitowały. Rodzice zwracali mi zawsze uwagę na to, że artysta musi mieć warsztat, zaś tak zwana „awangarda” nader często (boć nie zawsze) pokrywa swoją nazwą brak warsztatu czyli badziewie.

Dla wyjaśnienia: awersja do awangardy nie obejmowała bynajmniej impresjonistów, kapistów, Bauhausu et caterea; terminu „awangarda” użyłem zaś powyżej w znaczeniu mało precyzyjnym, acz chyba zrozumiałym i niemal najszerszym z możliwych.

Opozycja
Bardzo długo wiedziałem o niej tylko  z Wolnej Europy. Potem Mama powiedziała mi, że w końcu lat siedemdziesiątych rodzice czytali – z rzadka, bardzo z rzadka, śladowo –  jakieś „gazetki”. Ale fakt ów pozostawał przede mną głęboko ukryty.

[CDN]
 

Zobacz galerię zdjęć:

meblościanka rodzicielska nowoczesna, fragment
meblościanka rodzicielska nowoczesna, fragment stylowe meble rodzicielskie, fragment

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura