"Bez Poznania i Wieliczki nie warta Polska ani świeczki", taką rymowankę wyśpiewał słynny aktor Fortunat Alojzy Gonzaga Żółkowski ze sceny warszawskiego teatru, na wieść o postanowieniach Kongresu Wiedeńskiego. To wywołało złość wielkiego księcia Konstantego, który wezwawszy ulubieńca Warszawy na audiencję, udzielił mu reprymendy i zagroził na przyszłość karą chłosty za podobne wyczyny. Żółkowski skomentował to po swojemu, stwierdzając, że "Konstanty to dobre panisko, bo za Poznań obiecał dać Kijów". Tym razem jego cesarzewicowska mość nie zareagował, bo cenił dobre poczucie humoru, z czego zresztą Żółkowski obficie korzystał, wydając potem bez żadnych ograniczeń prześmiewczego "Momusa" z ostrzem satyry wymierzonym częstokroć w Konstantego i jego porządki.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że swoboda wypowiedzi w Królestwie Polskim pozostającym pod faktycznym zarządem rosyjskiego następcy tronu, była znacznie większa niż we współczesnych "demokracjach liberalnych", w których taki na przykład Gonzaga Żółkowski po kilku procesach z różnymi świeckimi świętymi III RP, musiałby się wyzbyć imienia Fortunat, pozostając tylko przy Alojzym.
W każdym razie - i to się przez z górą dwa stulecie nie zmieniło - dobra satyra jest najlepszą, a przy tym najcelniejszą bronią przeciwko wszelkim nadęciom, nadużyciom i łgarstwom. Nie tylko zresztą władzy, ale też wyjątkowo teraz wyrojonych mędrków, którzy ziemię pomierzyli i głębokie morze, wiedzą jako wstają i zachodzą zorze, a przede wszystkim kto? kogo? po co? i kiedy? napadnie, wywołując trzecią wojnę światową.
Nie ma przy tym nadziei, aby podzielili los protoplasty wszelkich "ośrodków analitycznych", czyli słynnego wieszczka Kalchasa, który zakończył życie zgodnie z własną przepowiednią, że umrze na skutek nietrafionej przepowiedni. Genialny paradoks, niestety bezużyteczny wobec naszych wieszczów, którzy nigdy się nie mylą, a "znici", na których wiszą nigdy się przy tym nie rwą.
W tej sytuacji, ponieważ od kilku lat jesteśmy pionkiem w grze o Kijów, to wschodnie miraże przesłoniły nam to właśnie, że bez Poznania i Wieliczki..... Ja bym dodał, że jeszcze bez Gdańska i Szczecina/Świnoujścia, bo jak słusznie twierdził książę Drucki - Lubecki, rozumiejący czym jest okno na świat w postaci morskich portów: albo dajcie Gdańsk Polsce, albo przyłączcie Polskę do tego, kto ma Gdańsk. Zdaje się, że uśpieni dziesiątkami lat przyglądania się naszej mapie, nie zauważamy zjawisk podstawowych. Narażając się na to, że niedługo za Gdańsk, Szczecin, Wrocław i Poznań dostaniemy "kijów".
Bardzo wymowny był bowiem ten bon - mot wyśpiewany przez Żółkowskiego ( zwróćcie Państwo uwagę, jak to kiedyś wybitni aktorzy potrafili odważnie mówić o prawdziwej polskiej racji stanu ). Poznań reprezentował podówczas najlepiej rozwinięte pod każdym względem etnicznie polskie ziemie. Wieliczka to sól, podówczas surowiec strategiczny, bo przeciętna chłopska rodzina na sól wydawała przeszło 20% swoich dochodów. Na dodatek obrót tym dobrem odbywał się w warunkach monopolu, co dawało budżetowi stałe i łatwo ściągalne dochody z podatków pośrednich. Odcięcie wielickich salin dało się Królestwu Polskiemu mocno we znaki, próbowano temu zaradzić poprzez poszukiwanie innych złóż, albo eksploatację starych, ale porzuconych, jak w Nieszawie.
W każdym razie, teraz, podobnie jak i wtedy, zmuszeni zewnętrznym dyktatem, wyzbywamy się naszych bogactw, wierząc w zbawczą moc słońca i wiatru. Nie bronimy się też w żaden sposób przed jawną już inwazją z zachodu, jednoznacznie chcącą nas pozbawić polskiego "imperium" ( przypominam, że w rozumieniu prawnym ten termin oznacza moc wydawania rozkazów na danym terytorium ) co najmniej na zachód od linii Knesebecka. Najśmieszniejsze jest to, że ostatnim człowiekiem sprawującym realne rządy w Polsce, który się tej agresji z zachodu próbował przeciwstawić, był Wojciech Jaruzelski.
Na razie, poza wątłymi nadziejami związanymi z raczkującymi dopiero ruchami politycznymi, nie ma widoków na zmianę sytuacji. Dzielnie i z niewątpliwymi sukcesami walczymy ze wschodnim przeciwnikiem, odnosząc w tych zmaganiach same sukcesy, co oznacza, że nie straciliśmy jeszcze ani kawałka terytorium. Nawet "przesmyku suwalskiego". Za to na zachodzie ..... zmiany, zmiany, zmiany, coraz łatwiej dostrzegalne gołym okiem. Tym niemniej zawsze możemy oczekiwać, że za Szczecin, Poznań, Gdańsk i Wrocław, a także śląskie bogactwa, dadzą nam "kijów".
Inne tematy w dziale Polityka