Januszowi Kotarbie – najlepszemu Przyjacielowi
Ksiądz Baka pisał:
„Widzę złe,
szukam w grzechu swobody | Jak w błocie złota, w słocie pogody, | Pereł w śmiecisku. | Nad blask brylantów, pereł miganie | Bóg klejnot jeden za wszystko stanie: | Bóg mój i wszystko”.
Stąd i może zainteresowanie moje (tzw. autora) blokowiskami?
W latach osiemdziesiątych, za stanu wojennego i potem słuchało się Kaczmarskiego i Kelusa, czytało antykomunistyczną bibułę, a w mym przypadku – także trubadurów i Karola księcia Orleanu, no i Wespazjana Kochowskiego, i właśnie księdza Bakę. Równolegle z bibułą.
Dlatego patrząc
na dalekie (na końcu miasta nad dachami widoczne) i bliskie bloki (w tym jeden wyjątkowo ogromny, postawiony tuż koło przedwojennej kamienicy, w której mieszkałem) – nie widziało się jedynie ohydztwa. Zwłaszcza, że się w nich nie mieszkało, tylko do nich pielgrzymowało. A tam żyli świetni ludzie. Ilu? Może tylu, ile okien migało przede mną i kolegami, chodzącymi sobie po ulicach? One (okna) się jakoś wydawały bardzo bajkowe. Patzyło się na nie, chodząc codziennie na „siódemki” (to jest Msze Święte o siódmej rano u dominikanów) albo i na niedzielne „dziewiętnastki” (tamże).
Szło się wprawdzie najpierw albo obok secesyjnych kamienic – siedliska Autorki „Jeżycjady” i Jej Bohaterów, albo szeroką ulicą Czerwonej Armii (dziś Święty Marcin), nota bene prosto ku wschodowi; perspektywę zamykał wtedy socrealistyczny Dom Partii (w III RP przemieniony w Collegium Historicum naszego Uniwersytetu – zdobycz studenckiego strajku z początku lat ’90). Ale idąc do dominikanów trzeba było skręcić przy Krzyżach Poznańskiego Czerwca w Stalingradzką (teraz Aleje Niepodległości). W tle białych, dominikańskich wież ukazywał się wtedy, no i ogromniał megalityczny masyw bloków osiedlowych na Winogradach, a ponad nim – ostrosłup betonowego kościoła Salezjanów. Ów gigantyczny kościół winogradzki, długo nieukończony, więc chropawy i wyniosły niczym piramida Majów, górował jak Boże Memento nad komuną. Ale bliżej, tuż za dominikanami, stał akademik „Hanka”.
Sarmaci ówcześni
(w tym ci najprawdziwsi, herbowi, rodowi, tradycyjni) mieszkali często gęsto w tych blokach. Cezary, January, Dominik, tak, i inni liczni. Nic dziwnego, że te fascynowały i podówczas jakoś tak naturalnie je sobie ośpiewywałem. A Janusz Kotarba – którego poznałem wówczas – choć nie żył w bloku, zgodził się na pomysł, żeby jego małe podziemne wydawnictwo te piosenki wydało. I jego tez w blokach się umieściło, bo siłą rzeczy stał się jednym z bohaterów „Blokomachii”.
Tyle, że na pierwszy ogień poszli wówczas Sarmaci prawdziwi (tzw Spiewniczek Sarmacki). Był to rok 1987 i działania sarmackie zajęły nam lwią częśc czasu. Toteż zostały sfianlizowane drukiem i podziemnymi nagraniami jeszcze przed Okrągłym Stołem. Chcieliśmy wprawdzie z Januszem ośpiewać i obdrukować także i bloki – w kontekście tak zwanego wkrótce „styropianu” czyli solidarnościowego kombatanctwa... ale pary starczyło nam zaledwie na książeczkę podziemną, wydaną już w roku 1990 – który z racji upadku komuny nie został już objęty spisem samizdatów, bo jakież to było podziemie... już nie było po prostu. A już wkrótce atmosfera przestała sprzyjać wydaniu nagrań, któreśmy niegdyś planowali: wydawało sie przeminięte.
Nagrania się
więc odleżały, bo ostatecznie zostały poczynione, lecz niepowielone. No i teraz żniński „Wulkan” wydający lokalne „Pałuki” („Wulkan” też był u korzeni podziemny, a i szwagrowy (patrz akademik Hanka jako katalizator łączności ze Żninem - i sam po trosze maczałem w tym niegdyś koniuszki – zaledwie – palców), więc „Wulkan” postanowił je wydać. Nakład przyszedł do biura wydawnictwa przedwczoraj (www.palukitv.pl/sklep) i już jest osiagalny, a ja zobowiązałem się dopisać do tego wydania parę wspomnieniowych historyjek i – może – dotrzeć do jakichś mastodontów, których wspomnienia z tamtej epoki jeszcze bawią.
Co niniejszym czynię. Zamierzając w kolejnych małych tekstach przywołać ludzi i sytuacje, których tyczy się ta płyta. Teraz to przecież czasy komercyjne, trzeba reklamować.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)