W polskiej literaturze funkcjonuje – co najmniej od czasów Potopu – syndrom Kmicica. Bohatera, który w przeszłości popełniał błędy, dopuścił się zdrady, a który ulega przemianie. Staje się wzorem do naśladowania, patriotą, człowiekiem godnym najwyższego szacunku (twoich ran niegodnam całować!).
Z syndromem Kmicica nieodmiennie kojarzy mi się łaska odkupienia i przebaczenia. Syndrom Kmicica, zasady odkupienia win i przebaczenia stare są jak wiara chrześcijańska. A skora wiara ta nie jest najstarszym wyznacznikiem zachowań moralnych, to syndrom odkupienia, połączony z łaską przebaczenia stare są jak nasza cywilizacja.
W polskich realiach syndrom odkupienia, a szczególnie przebaczenia funkcjonuje niestety tylko w wyobraźni genialnych pisarzy. Literatura sobie, a życie sobie.
Polak, który popełnia błąd naznaczony bywa stygmatem winy nieprzebaczalnej. Winy, za którą może istnieć jedna tylko kara. A jest nią wieczne potępienie. Polak, który (choćby hipotetycznie) dopuszcza się sprzeniewierzenia ideałom podlega społecznej infamii. I nieważne są powody, dla których zrobił to, co zrobił. I nieważne są jego późniejsze czyny. Nawet Jan Paweł II uznany byłby za zdrajcę, gdyby w swoim życiu popełnił najmniejszy lub choćby najkrótszy flirt z komuną.
Polak, który w swoim życiorysie ma taki flirt zasługuje na miano: swołocz, sprzedawczyk, zdrajca. Tak orzeka gawiedź. Ta rzesza malutkich ludzi, którzy o swoich flirtach pamiętać nie chce. A uwikłana jest w nie w całej swej bezimiennej tłuszczy. To ci, którzy dziś krzyczą: zdrajca, kończyli „komunistyczne” studia, robili magisterki, doktoraty, otrzymywali tytuły profesorów, kryli się za plecami ojców chodzących pod rękę z agentami SB. Krzykacze robili administracyjne kariery i bogacili się na komunistyczny sposób.
Byli i tacy, których ze studiów wyrzucano. Byli i tacy, którzy znaczną część swojego życia spędzali w więzieniach. Byli tacy, którzy ryzykowali (i oddawali) życie. Dziś nie ma ich pośród krzykaczy. Po stronie krzykaczy są ci, którzy cierpieli, że nikt nie chciał ich zamknąć w internacie.
Lech Wałęsa – człowiek zwyczajny i niezwyczajny jednocześnie. Nikt, w większym niż on stopniu nie uosabia zwycięstwa nad „komuną”. Gotów byłbym się zgodzić, że część swojej sławy i swoich dokonań oddali inni na rzecz wałęsowego symbolu. Michnik, Kuroń, Frasyniuk... Ich sprawa. Jest jak jest. Światowa opinia publiczna wie kim jest Wałęsa, wiem kim jest Jan Paweł II i... tylko tyle. Do panteonu powszechnie rozpoznawalnych i cenionych Polaków żaden inny wstępu nie ma, nawet Piłsudski.
Nie byłem nigdy szczególnym admiratorem Wałęsy. Raziło mnie jego prostactwo (Dance zebrało się na miłość), brak wiedzy (ja to bym obniżył ceny nawet o 100% albo i więcej), bufonada. Doceniałem i doceniam jednak jego rolę jako symbolu przemian w historycznym zwycięstwie nad „komuną” i w „wybiciu się na niepodległość”.
Jeszcze trudniej mieć dobre zdanie o Wałęsie – prezydencie. Popełniał tu pan Lech błąd za błędem. A tym podstawowym był sam fakt kandydowania na urząd prezydencki. Wałęsa zasłużył na pomnik i na nic więcej. Gdyby tak się stało nie powstałaby przedziwna kancelaria prezydencka z bliźniakami, których udział w polskim życiu politycznym oceniam jako katastrofalny. Gdyby skończyło się na pomnikach nie powstałyby plany „wspierania lewej nogi”, nie doszłoby do „finlandyzacji” polityki...
Stało się. Wałęsa został prezydentem. Co gorsza prezydentem, który chciał rządzić. Z tych chęci wyniknęła krzywda dla samego Wałęsy. „Wyrządził” sobie krzywdę, za którą słono zapłacił, płaci i płacić będzie jeszcze długo.
W najbliższych dniach ukazać się ma książka autorstwa historyków IPN, wskazująca na współpracę Wałęsy z komunistycznymi służbami bezpieczeństwa. Wałęsa żarliwie odżegnuje się od takich posądzeń i od współpracy z SB. Grozi autorom książki i całemu IPN-owi procesami sądowymi.
Mleko się wylało, panie Prezydencie. Po co - zapytam - te groźby? Tym bardziej, że pewne fragmenty życiorysu Wałęsy nie są całkowicie czytelne. Sam Wałęsa przebąkuje o jakichś podpisach pod dokumentami usbeckimi.
Niech prawda raz na zawsze wyjdzie na jaw. Niech okaże się, że Lech Wałęsa w istocie współpracował z SB (nie przesądzam tego faktu). Niech okaże się, że Lech Wałęsa był przez jakiś czas TW. I cóż stąd?
Miał Lech Wałęsa prawo do chwili słabości, do błędu, do złej oceny sytuacji. Jeżeli błąd popełnił, to zmazał go swoim działaniem. Jeżeli był w istocie taki błąd, to rehabilitacja MUSI być pełna.
Ileż setek tysięcy takich błędów kryje polska historia? Ileż osób drży wciąż na myśl o ujawnieniu ich grzeszków? Iluż malutkich ludzików zaciera rączki na myśl o kolejnej aferze? Ileż malutkich ludzików cieszy się, że ci „więksi” są takimi samymi maluchami jak oni?
Książki o Wałęsie jeszcze nie ma, a już część solidarnościowych twardzieli, część pozytywnie zweryfikowanych podczas stanu wojennego dziennikarzy i część „młodzianków niebieskich” (którzy o życiu w komunie pojęcia najmniejszego nie mają) krzyczy: szubiennica, infamia...
A ja się śmieję patrząc na tę mierzwę ludzką łaknącą krwi. Nie zaszkodziła wielkiemu oświeceniowemu pisarzowi (księdzu) informacja, że po dniu urzędniczej pracy w kancelarii zaborczej, krył głowę kapturem i uganiał się za warszawskimi prostytutkami. Pozostał wielkim pisarzem i wielkim Polakiem. Nie zaszkodziła innemu pisarzowi przyjaźń z Fryderykiem Wielkim i opinia intelektualnego twórcy rozbiorów. Dziś obaj cieszą się wielką sławą, o ich grzechach czy grzeszkach wie mało kto. Opinia TW nie zaszkodzi Wałęsie.
To on ma miejsce w historii. Nie inni prezydenci Rzeczpospolitej. Nie, ci którzy wydawali dyspozycje o internowaniu innych, ani nie ci, którzy płakali, że żaden milicjant nie chce ich przepytać nawet w kwestii: która jest godzina?
Nie więc grożą, opluwają, szczekają... Miejsce Wałęsy w historii jest stałe i nic, ani nikt tego nie zmieni. A już jeżeli ktokolwiek takiej weryfikacji dokonać może, to jedynie obrońcy Wałęsy. Ci, którzy dziś wołają o zaprzestanie badań IPN-owskich nad polską – jakże niełatwą – historią.



Komentarze
Pokaż komentarze