Przypadek. Niezwykłe słowo i niezwykłe pojęcie. „Studium przypadku” tak pewnie chciałbym zatytułować tekst, który piszę. Czy tytuł taki się utrzyma? Nie wiem. Niech będzie on jednak integralną, a bardzo istotną częścią tytułu. Przypadek! Wielkie może mieć znaczenia; może też znaczenia nie mieć żadnego. „Ludzie z przypadku uczynili mamidło, którym usprawiedliwiają swą własną głupotę” – napisał Demokryt. „Nawet to, co najbardziej przypadkowe, jest w ostatecznym rachunku koniecznością” - napisał z kolei Arthur Schopenhauer. Komu zawierzyć; śladem czyjego rozumu podążyć?. Przyznam, że wolałbym iść śladem Schopenhauera. Ale....
„Przypadek to słowo pozbawione sensu; nie ma niczego, co nie miałoby swoich przyczyn” – za taką definicją, sformułowaną przez Woltera muszę jednak iść.
Czy przypadkiem są zatem polskie wybory polityczne? Przypomnijmy, że Polska nie zrodziła się z morskiej piany w 1989 roku. Polska trwała i przed rokiem 1989. Trwała i tysiąc lat wcześniej. Wybieraliśmy i przed 1989 rokiem. Zazwyczaj źle, czasami fatalnie – patrz królowie elekcyjni, Wazowie, Wettinowie.
Przez prawie 1000 lat Polacy pozbawieni byli prawa dokonywania wybory. Wyboru w sensie decydowania o kształcie władzy. Zrozumiałe było to w okresie tworzenia się państwowości polskiej, jej umacniania i... niszczenia.
Zasługi w niszczeniu własnej państwowości mamy szczególnie wielkie. Trudno przypisać niszczycielskie cechy narodowi polskiemu in gremio (w całości). Niszczycielskie cechy niosły ze sobą grupy rządzące. W szczególnym stopniu te, które sprawowały rządy zza kulis. Te grupy, które potrafiły wywrzeć na rządzących oficjalnie, tak silny wpływ, że ulegały one samounicestwieniu.
Nie chcę dziś pisać o wpływie kontrreformacji na upadek polskiej państwowości. Każdy historyk (rzetelny) ma pełną świadomość wpływu Watykanu na „sprawy polskie”. Był on w ostatecznych skutkach tragiczny.
Chcę napisać (do tematu kontrreformacji powrócę niebawem) dziś o skutkach niszczycielskich zaniedbań polskiej klasy politycznej w sferze tworzenia społeczeństwa obywatelskiego. Chcę, a w zasadzie nie chcę. Społeczeństwo obywatelskie tworzy się samoistnie. Bez względu na reakcję polityków. Bez względu na ich „chcę” lub „nie chcę”. My – ludzie pisujący na portalach internetowych tworzymy społeczeństwo obywatelskie. Dziś może jeszcze niezbyt silne. Na pewno podzielone. Tworzymy jednak społeczeństwo, które zaczyna być siłą. Jeszcze niezbyt wiele znaczącą. Jeszcze podzieloną. Ale jutro...
Jutro okaże się, że kłamstwa płynące z mównicy sejmowej, z trybun przedwyborczych wieców, z rządowej kancelarii będą przestępstwem, za które trzeba będzie płacić. Dziś jeszcze obywatel jest ofiarą wyborczego kłamstwa (nie ma jeszcze takiej kategorii prawnej). Dziś jeszcze daliśmy się spolaryzować politykierom z rządzących ugrupować. Jutro – być może – zaczniemy myśleć. A wtedy kłamstwo wyborcze uzyska status przestępstwa. Zacznie być ścigane, a kłamcy trafią do więzień, a nie na sejmowe ławy.
Od kilkunastu lat z przedwyborczych trybun dobiega gromkie hasło: prawa człowieka. A więc i polityka praw człowieka. Z czym mamy do czynienia? Z blagą wyborczą! Z oszustwem! Z manipulacją!
Polityka i jej różnorodne „podmioty” zostały przywołane do praw człowieka, ich uniwersalnych wartości i bezwarunkowej konieczności. Prawa człowieka stały się absolutem politycznego dyskursu. Niestety tylko na użytek kampanii wyborczej.
Niewiele albo praktycznie nic nie słyszy się o polityce praw człowieka, brakuje jakiegokolwiek namysłu nad jej stanem, formami i trudnościami realizacyjnymi. Skąd taka dysproporcja? Otóż, albo pojęcie praw człowieka uznaje się za oczywiste samo przez się i w związku z tym za nie stwarzające żadnych problemów: polityka praw człowieka jest, tautologicznie, niczym innym jak polityką, która po prostu czerpie inspiracje z praw człowieka i stara się efektywnie zastosować. Albo też uważa się politykę praw człowieka za pojęcie wewnętrznie sprzeczne: ponieważ prawa człowieka są jej absolutem czy też jej podstawą, to pozostają zawsze, w technicznym czy też pragmatycznym znaczeniu tego słowa, poza lub ponad polityką.
Dyskusja o prawach człowieka, o polityce praw człowieka mogłaby wydobyć na jaw sprzeczności i zasadniczą słabość zarówno samego pojęcia, jak i faktycznego stanu praw człowieka dzisiaj. Byłaby więc sceptyczna co do ich niezbędności, a nawet mogłaby prowadzić do ich odrzucenia jako iluzji?
Przypadek? Być może! Ale jakże znamienny. W krajach, w których prawa człowieka były ograniczane – myślę o dawnym bloku rosyjskim – dziś prawa człowieka pozostały ograniczone. Chciałbym być dobrze zrozumiany. Nie przyrównuję Polski lat pierwszych XXI wieku do Polski lat 60-tych wieku XX. Postęp jest oczywisty, tyle tylko, że Polska startowała do demokracji z punktu zerowego w roku 1989!
Dziś, w Polsce roku 2008 mamy demokrację roku... 19. I tylko tyle. O podstawowych pojęciach demokracji przeciętny Polak wie niewiele lub zgoła nic. Przeciętny Polak jest demokratycznym ignorantem. Prymitywnym narzędziem w rękach polityków, którzy tworząc zasady ordynacji wyborczej i ustawę o finansowaniu partii politycznych zadbali o swój „wszechbyt”.
TY, Polaku naiwny, powolny - zapytaj kiedyś o swoje prawa. Zapytaj jaką to politykę praw człowieka i obywatela ma zamiar realizować Twój rząd, Twój parlament, Twój prezydent. Zapytaj też, czy Twoi wybrańcy wiedzą o czym mówisz. Zapewniam, że nie wiedzą! A Ty wiesz? Studium przypadku – tytuł się nie utrzymał. Zabrakło słowa – wybór. Najważniejszego słowa w człowieczym życiu.



Komentarze
Pokaż komentarze