REMANENT DUCHA NIESKOŃCZONY
Zygmunt Jan Prusiński
(Dzisiaj
7 Stycznia 2008 roku są imieniny Lucjana.
Dlatego te wiersze dedykuję mojemu ojcu,
śp. Lucjanowi Prusińskiemu).
Motto:
Wstęp może być taki, nieokiełzany,
trochę brudny w wierszu ślad, dymem z komina.
Jeśli chciałbym dojść do wybranego miejsca,
tak jak to robi mrówka, to musiałbym być nią, mrówką.
- Z.J.P.
KORZENIE, SOKI, PANNA MŁODA
Przymierzam się tylko, dźwięk leży na ziemi
buduje mały cień. Z drugiej strony niebieska
fontanna nabiera wody; aniołowie płaczą...
Szkli się jedwab włosów u młodej panny,
zwilgotniałej od namiętnych poczynań. –
Nie wątpię, „w dolinie orzechowych gajów”
zapachy są stałe.Tylko ruchy mówią o tym,
że warto wstąpić i tam zasnąć.
Zygmunt Jan Prusiński
13.01.2008 – Ustka
W MAŁYM OGRODZIE TRZY JABŁONIE ROSŁY
Dobiegnij tam poeto, zostawiłeś fragment
młodości. Taki rycerski i bliski namiętnościom,
skubałeś trawę i mlecze przynosiłeś do domu.
Ciocia Marysia i wujek Stanisław od Sowińskich,
zwanym na okolice „Meksykiem”, nie znali
twojego wewnętrznego bólu. Rozsadzała cię
namiętność od spodu, wulkan w tobie zamieszkał...
Ale ta Polska, kielecka wieś koło Szydłowca –
nosiłeś to światło w lampkach karbitowych.
Na ganku usiadłeś naprzeciwko szkoły,
i tę chłopięcą nawigację rozrzucałeś po niebie
z gwiazdami. A na dodatek maciejki tak silne
w zapachu nocy, niosły tylko tam gdzie bramy
ze złota a niewiasty nagie w halkach,
przejrzyste jak kryształowa woda, śpiewały
hymn o miłości do odchodzącego pasterza
na drodze. To było zawsze święto;
wieś Budki rosła jak to drzewo.
Zygmunt Jan Prusiński
8.01.2008 - Ustka
POETOM, KTÓRYCH NIE MA
Był iskrą o różnej porze. Pluł na lot motyla,
który minął go zawracając z powrotem w dal...
Nasilił się stęchły krzyk skazańca, starał z dna
wyjąć dźwięk bólu – drzazga w niebie została.
Emigranci są różni. Drzewa też różne są,
choć po sąsiedzku żyją w zgodzie. Pędraki
z sosnowego zagłębia, toczą w korytarzach
samoczynne walki o byt własny. Sosna śpi...
W maju biegłem do sadu. W Sobieniach
Jeziornych bywałem potajemnie, zrywałem
po cichu szelest trawy, która plotkowała
o zjeździe insektów różnych zresztą. Tak.
Kto by myślał wówczas o poecie z Berkley ?
Myślałem o Norwidzie samotnym i zimnym
wierszu w pobliżu Sekwany, czasem Herbert
wyłudził ode mnie czas zatrzymań w puencie.
Ale dopiero we wrześniu zbierałem jabłka.
Były słodkie, choć wiersze syczały wężem...
Nie wiedziałem że będę sam pieścił pióro,
i kołysał swoje myśli na krawędzi upadku.
Zygmunt Jan Prusiński
7.01.2008 - Ustka



Komentarze
Pokaż komentarze