Zygmunt Jan Prusiński

ANALIZA KSIĄŻKI
MADRYCKIE ŚCIEŻKI POEZJI
- Część II -
Sytuacja międzyludzka w tym poemacie (Madryckie ścieżki poezji), jest zresztą wysoce osobliwa (i drażliwa, bo wymuszona przez p. Canelę, że chce i musi pisać poemat erotyczny z p. Zygmuntem Janem Prusińskim), jaka się zresztą nieczęsto zdarza. Autorzy, osoby fizyczne, nie spotkali się nigdy wcześniej i nic ich nie łączy poza chęcią efektownego zaistnienia na blogu (jako atrakcyjne podmioty liryczne poematu – z czego sobie zdają sprawę). Ale w sytuacji poematu w jego historii wstecznej, te podmioty liryczne też nie spotkały się nigdy wcześniej i nic je nie łączy, ani wspomnienia (chociaż p. Zygmunt - jako podmiot liryczny - odwołuje się do ich wspólnych wspomnień z dzieciństwa w Polsce, ale tylko raz), ani upodobania, ani biografia, ani sytuacja finansowo-rodzinna i uczuciowa.
Toteż żeby mieć jakiś punkt zaczepienia, autor męskiej części poematu przedstawia swój podmiot liryczny jako (nazwijmy go umownie): „kochanka”, chociaż jest tylko kandydatem na kochanka (i takim do końca pozostaje), który spotyka przypadkiem podmiot swej miłosnej fascynacji w Madrycie i zakochuje się w pięknej nieznajomej.
Sytuacja jest fałszywa, bowiem autor daje podmiotowi lirycznemu swoje prawdziwe imiona i nazwisko a do nieznajomej każe podmiotowi lirycznemu zwracać się po imieniu, które jest imieniem autorki kobiecej części poematu.
Czytelnik zaczyna się gubić, nie odróżniając autorów i bohaterów poematu, którzy mają takie same imiona i nazwiska. Bowiem Autorka, p. Mar Canela też użyczyła swego imienia i nazwiska bohaterce swej części poematu.
"Gra" (igranie) tymi nazwiskami jest bardzo niebezpieczna, bo w poemacie p. Canela wychodzi na osobę bardzo wyrachowaną, interesowną i zimną (co jest nieprawdą, ale na taką wychodzi). Jednakże jest faktem, że bohaterki powieści „Szkoła uczuć” Flauberta mogły by się uczyć u niej sztuki miłosnych uników.
I takiemu „naiwniakowi” z Ustki, jak p. Prusiński, przyszło się zmierzyć z „lisicą” z Madrytu. Oczywiście pod terminami „naiwniak i lisica” rozumiem mężczyznę starej daty, relikt kultury patriarchalnej i kobietę wyzwoloną, triumfatorkę feminizmu i ruchu New Age.
Jak powiedziałem przed chwilą, Autor męskiej części poematu założył, że bohater spotkał kobietę w muzeum, poszedł za nią w jakiś ustronie pod palmami i tam „być może” miał z nią przygodę, ponieważ ona poczuła, jak pisze (z kolei) autorka w swej części poematu, jego oddech na swoich plecach. Ale też nie można twierdzić, że jest tego pewna, że to był oddech, bo to być mogło tchnienie wiatru. Jedno jest pewne, że on ją „zobaczył”, a ona temu nie zaprzecza. To niewiele, ale dobre i to, że podmioty liryczne widziały się chociaż na kartach poematu (że nie działały na ślepo), bo Autorzy (poza fotografiami) nie widzieli się nigdy.
I tu następuje najlepsze, majstersztyk w przedstawianiu współczesnego sposobu porozumiewania się między ludźmi, a szczególnie miedzy mężczyzną a kobietą. Otóż, ona mu mówi: „nie”, a on tego nie słyszy, jak głuchy i ślepy i powtarza jej: „tak, tak”. Gdyby było inaczej, to poemat skończyłby się happy-endem, a nie rozstaniem. Ona go (oczywiście) pociesza, że nic nie trwa wiecznie, że coś było (ale się zmyło), że to było piękne i szczere, ale co, to tego już ona bliżej nie mówi.
Bo jakże tu „stosunek międzyludzki” oparty na podejrzanych intencjonalnie zasadach nazywać "szczerym", skoro od początku nie było w nim jasności co do intencji. Przecież wierszy nie pisano dla wyrażenia autentycznej miłości i fascynacji, tylko dla wykazania się sprawnością pióra i stworzenia pewnego rodzaju sztuki, sztucznej przestrzeni, w której chciano przedstawić, jak by to było, gdyby prawdziwy Zygmunt Jan Prusiński kochał prawdziwą Mar Canelę.
Ale to się wydaje intencją tylko na początku, bo potem przyszło przerażenie, że to być może się skończy prawdziwymi amorami i wyznaniami miłosnymi zobowiązującymi do przyjazdu kochanka do Madrytu… i szybko się z tego wycofano, na pozycje, że to tylko tak dla picu, w ramach projektu, gdzie on jest papierowym kochankiem a ona kochanką księżyca.
Ale wszystko na to wskazuje, że tak być mogło od strony zamiarów, ze strony Autora, że podczas pisania poematu, rzeczywiście się „durzył” (od słowa dur, durny, zdurnieć itp.) w rzeczywistej kobiecie z krwi i kości, która tak z początku przekonywająco potrafiła przedstawić uczucie swojej heroiny do Autora, czyli Zygmunta Jana Prusińskiego, że uwierzył, że ona też chciałaby sobie pozwolić na coś więcej niż „dotyk miękkich spojrzeń przeciągniętych za krawędź niedozwolonych skojarzeń”.
Otóż ona go tylko okłamuje i mami, a ten wers ma wypełnić pustkę na papierze, żeby powstał jeszcze jeden kolejny erotyk i żebyśmy w ten sposób wyrobili plan produkcyjny i dociągnęli jakoś do tych (ustalonych w umowie) siedemdziesięciu sztuk wierszy przypadających na każdego współautora tomiku : „Madryckie ścieżki poezji”.
Ale niestety, p. Zygmunt, nie chciał widzieć wszystkich sygnałów ostrzegawczych, które wysyłała mu p. Canela o treści: „Zygmuncie, nie kocham cię !” (oczywiście wypowiedzianych inaczej, eufemistycznie i elegancko). Natomiast „Zygmunt” trzeźwiał tylko w tych momentach, gdy na swoje gorące uczuciowe „wykrzykniki” (tak je nazwę !) nie słyszał od partnerki zadowalającej odpowiedzi.
Tymczasem inaczej być nie może, bo p. Canela, jako osoba wykształcona na współczesnych uczelniach, feministka i psychoterapeutka, inaczej reagować na porykiwanie współczesnych, usiłujących dominować samców, nie może. Dla niej mężczyzna w formie patriarchalnej to wróg, a p. Zygmunt jest mężczyzną w stylu patriarchalnym, to też dla niej jako współ-narcyz (idealny uniseks dla współczesnej kobiety) nie istnieje, bo w istocie rzeczy ma mało z Narcyza a sporo z prymitywnego, archaicznego Priapa.
Dzisiejsza młodzież – a p. Canela zalicza siebie do młodzieży (i wszyscy siebie zaliczamy do młodzieży) boi się zaangażowań. W dzisiejszych czasach można czuć do kogoś pociąg seksualny, ale nie jest to wystarczający powód do trwałego zatroskania losem partnera.
A pan Prusiński jako poeta staromodny i mężczyzna "zacofaniec" chciałby szukać takiego związku, w którym mógłby się zatroszczyć o los kobiety i żąda by ona również zatroskała się jego losem. Temu przecież służą jego wyznania miłosne tego typu: „Fascynują mnie twoje nogi, wczoraj dawałem ci swoje nasienie dwa razy, ale ty, gdy będę miał grypę podasz mi aspirynę.” To się rozumie samo przez się, a właściwie to się dotychczas rozumiało, odkąd w sprawę nie wdał się diabeł feminizmu i teraz "żona" choremu mężowi (który jest "wróg") bez zapłaty nie poda szklanki wody.
Kto czytał dotychczas erotyki i wiersze miłosne, ten wie że wyznania fascynacji ciałem ukochanej kobiety, łączy z całością sztuki moralna odpowiedzialność za słowo. Gdyby erotyk napisał np. jakiś zboczeniec i nic byśmy o jego zwyrodnieniu (na podstawie jego twórczości) nie wiedzieli, i co więcej, na podstawie erotyku mniemalibyśmy o jego wysokiej moralności, bowiem kto jest zdolny do odczuwania piękna płci, miłości, namiętności itd., ten jest „udziałowcem” uniwersalnej kultury i nie może być człowiekiem złym, stawiającym się poza prawem lub poza dobrem i złem.
Pisanie wiersza miłosnego (również erotyku) jest jak wystawianie o sobie najlepszego świadectwa, swojej ogłady, delikatności uczuć i swojej kultury.
Komuś kto pisał o miłości, skłonni byliśmy wierzyć, że jest człowiekiem honoru i wysokiej moralności. Bowiem miłość od zawsze wiązała się z odpowiedzialnością za dobro i los drugiego człowieka. Wszystkie miłosne książki świata pouczały kochanków: „Nie igra się z miłością”.
Miłością można zabić i zranić. Dlatego erotyki są niebezpieczne jak granat, szczególne te pisane dla określonych adresatów, ponieważ zaburzając sferę intymności, poprzez dotykanie i to często publiczne, intymnych części ciała partnera, powodujemy u niego, szczególnie przy zdobyciu jego zaufania, wydanie się na łaskę i niełaskę naszej inicjatywności i poziomu moralnego. Ktoś kto przyjmuje w dobrej wierze i w atmosferze budzącego się uczucia, czyjeś erotyki pisane do siebie, dajemy mu w istocie przyzwolenie w rodzaju: „Rób ze mną co chcesz”. i to w sferze realnej. Ba, i ciągle oczekujemy na więcej.
Dlatego bawienie się „siusiakiem” w sferze artystycznej, bez gotowości do poniesienia konsekwencji, jest niebezpieczne. Przecież wiadomo, że pisanie wierszy miłosnych i listów miłosnych doprowadziło do niejednego samobójstwa i tragedii.
Tak było dotychczas w ostatnim tysiącleciu, ale od czasów postmodernizmu wiele się zmieniło. Chodzi o to, że w dzisiejsi młodzi ludzie darzą erotykę zbytnią nieufnością, żeby czynić z niej programy i drogowskazy życiowe. Miłość już nie jest sprawą w małżeństwie ani w stosunkach miłosnych najważniejszą, a zresztą miłość uległa zupełnemu zdewaluowaniu.
Pan Zygmunt nie bierze tego pod uwagę, ale gdyby o tym wiedział, to by się nie podejmował pisania erotyków. Zachowuje się naiwnie, jakby nie wiedział, że jego poglądy i zachowania mają charakter seksistowski.
Dzisiaj nie wolno jest być zazdrosnym ani zaborczym. Ideologia antyseksistowska – propagowana przez kobiety wyzwolone – zabrania również zazdrości o partnera, który sypia z kimś innym. A ten tu Dudek z Ustki wyjeżdża z naiwną, staroświecką miłością. Nikt dzisiaj poważny nie może wymuszać uczuć na drugiej stronie. Dzisiejsi młodzi ludzie (również ci, jak ja, pod sześćdziesiątkę) nie chodzą już na randki, ponieważ randki to przemalowana wersja staroświeckich zalotów.
Studenci, którzy nadają umysłowy bon ton dzisiejszej młodzieży europejskiej i amerykańskiej, w kampusach w akademikach i na uczelniach żyją stadnie, przy zróżnicowaniu seksualnym nie większym niż w stadzie zwierząt poza okresem rui. Zanikły jednak wszystkie reguły, które nasza kultura stworzyła w miejsce rui, aby wtłoczyć pożycie seksualne w pewne logiczne ramy.
Ramy logiczne są potrzebne do zrozumienia miłosnego dialogu, choćby na terenie poematu, gdzie, gdy p. Zygmunt wyznaje: „Kocham twój cień”, a p. Mar odpowiada: „ja też”. Odpowiada tak w imię logiczności, bo przecież po to się pisze poemat miłosny, żeby przedstawić w nim jedność dusz, a nie rozdźwięk (jak to ma miejsce w poemacie …).
Bo w rzeczywistości w tym poemacie jest wszystko nielogiczne (po „nowoczesnemu”). Np. Pan Zygmunt wyznaje: „Kocham twój cień”, a p. Mar odpowiada: „A ja idę na grzyby” (użyłem przesady!) i p. Zygmunt jest w kropce… głupieje i nie wie co ma o tym myśleć, ani co opowiedzieć. Czuje się odtrącony ale udaje że jest wszystko porządku, bo nie chce być seksistowski. Podejrzewam, że on nawet nie wie w swoim męskim szowinizmie. Ale stara się udawać, że rozumie iż w dzisiejszych czasach obowiązuje miłość bez miłości. Dzisiaj nikt nikogo nie kocha ale wszyscy piszą do siebie wiersze miłosne. Toteż i oni, Mar i Zygmunt postanowili, i muszą to zrealizować, choćby biło żabami.
Autorka tego poematu, również, wydaje się, nie przemyślała swej polityki ostrożnego nieangażowania się w „romans do utraty tchu”. Podjęła zgodę na pisanie erotyków, nie zdecydowała się na podjęcie romansu. Pisze w swej części poematu, że spotykają się wszędzie i nigdzie, ale, że spotykając się w nierealnym poemacie spotykają się „naprawdę”. Dużo mówi o „spotykaniu”, zamiast o „miłości”, jak ognia unika słowa „miłość” i „kocham”. To wskazówka dla czytelnika do oceny ducha naszych czasów.
Autorka nie przemyślała swej polityki, bowiem być może lepiej by na tym „wyszła”, gdyby jako podmiot liryczny wyznawała również gorącą miłość do „kochanka”, czekając co z tego wyjdzie w myśl zasady: „A niech mnie zdobywa, a ja mu będę potem wykręcać sianem”. Wtedy poemat byłby bardziej romantyczny, niż teraz jest pseudoromantyczny.
Pan Zygmunt już by z pewnością wszystkim rozpowiedział w Ustce, że się będzie żenił. (Co by i tak nie miało realnego przełożenia – ale by było ciekawsze, a tak to musieliśmy ciągle słuchać, że się przedziera przez chaszcze swego kolczastego lasu – „freudowskie”).
Suma summarum – w tym poemacie jest linia rozwojowa i zarazem jej nie ma. Bo jest tylko ilościowy wzrost, ale mierny rozwój. Brak jakościowych skoków. Jeśli są „skoki” to raczej do tyłu (robi je p. Canela, robi je bohaterka poematu, robi je gospodarz). Bo cóż to za rozwój, który prowadzi do jakiegoś celu wstecz ?
Czytelnik z tych wszystkich westchnień i opisów (beznadziejnych) stanów ducha wynosi wrażenie, że „Nie kochałam cię, nie kocham i nigdy nie pokocham”. Ponieważ nigdy sobie nie pozwolę na „przeciągnięcie spojrzenia poza krawędź niedozwolonych skojarzeń”.
I o to chodzi. I to jest mankament w przedstawianiu miłosnych perypetii w tym utworze, bowiem w miłości, każda kochająca istota pragnie przeciągnięcia i przeciąga swoje spojrzenie poza krawędź niedozwolonych skojarzeń, czyniąc z niedozwolonego dozwolone. I na tym polega wolność w miłości. Na tym polega sens miłości, że umożliwia zdobycie wolności i uskrzydla do wolności.
Tutaj, tej wolności zabrakło i zabawa skończyła się końcowym zapewnieniu, że jednak "wszystko było w porządku" (wbrew logice i oczywistości), że przenosimy nasze erotyki do Malagi jak jakieś walizki. Jednakże erotyki to są „erotyki” i nic więcej, chwile ulotnej fascynacji zapisanej na papierze i nie można ich antropomorfizować, jak dzieci, które się czesze, myje, kocha i wozi ze sobą do nowych miejsc zamieszkania. Ostatecznie można nawet wiersze traktować jak dzieci i wozić je ze sobą, jeśli się nie ma własnych dzieci. Tutaj też ta sytuacja ma miejsce. Dominuje poczucie bezradności i beznadzieja pokrywana obietnicami, które nie przekonywują, nad którym się przechodzi do porządku, jakby tego wszystkiego nie było.
Smutne wiersze, smutna próba oczekiwania miłości, w atmosferze lęku, żeby się „sprawa nie wydała” (bo już sowy krążą między Madrytem a Ustką), że "mamy takie dziwne myśli i zachcenia", że może by się odważyć na coś więcej… ale może nie, "nie można", bo to nie ma sensu.
(Ja też przystosowałem swój język do języka poematu, ja też tak piszę jak wyczytałem).
I na koniec mam smutną wiadomość, wydaje mi się, że prawdziwą przyczyną zamknięcia poematu nie były jakieś dramatyczne okoliczności, szlachetne pobudki, „ważkie powody” jak w dawnych poematach, np. zemsta na Tristanie króla Marka, jak u Izoldy, wykastrowanie Abelarda, jak w Heloizie (niechby i p. Zygmunt był – przez kulturę – wykastrowany, co byłoby ciekawsze od tej przyczyny zakończenia poematu, że wkradła się nuda – wprawdzie artystycznie ubarwiona, w kolorze eleganckich szarości, którą mój gust dekadenta uwielbia nade wszystko – ale nuda ! Sakramencka ! Niech ją szlag !).
Sama autorka pod koniec poematu wyznaje: „Smoki się nudzą, królewny śpią”. Tu p. Canela wykazała się ogromną samowiedzą i autentyczną poetycką inwencją. Określiłbym to, że ta kobieta wie, po co ma. Ona zainicjowała poemat i ona dała sygnał do jego zakończenia. Tak jest: „Smoki się nudzą, królewny śpią” a ja będę sama układa scenariusz swego życia”. Jak przystało na kobietę epoki w której seksistowska miłość, narzucana i sterowana przez patriarchalny system zniewolenia kobiet, została przezwyciężona przez siostry feministki. Smoki się wynudziły, ale czy królewny się już wyspały ?
Karol Zieliński
Profesor na Wydziale Literatury
Uniwersytetu Jagiellońskiego
w Krakowie
01.11.2011
_____***_____
Komentarz z lubczasopisma: Ale Literatura

@Zygmunt Jan Prusiński
No, Panie Zygmuncie, robisz Pan sobie jaja. Kumple z Krakowa, którzy są jakimiś tam profesorami na UJ-cie i mnie znają będą się zaśmiewać w kułak. Otóż to Pan sobie wykoncypował, że jestem profesorem literatury UJ, a ja nie zaprzeczyłem dla świętego spokoju (bo mi to wisi gdzie jestem i kim jestem !). Otóż i na UJ-ciem miewałem (miewam) seminaria, ale nie jest to moja, że się tak wyrażę, macierzysta uczelnia. I nie literatury, ale nie tylko literatury i ale komparatystyki i... przede wszystkim hermeneutyki, czyli dzielenia włosa na czworo i szukania dziury w całym.
A właściwie jestem prof. (niech to diabli ! - nie wyobraża Pan sobie jak nienawidzę tego słowa, jak to słowo jest wyświechtane, sponiewierane i skompromitowane w oczach studentów. Czy Pan da wiarę, że studenci mówią do siebie widząc profesora: "popatrz, idzie ten chuj !" Gdybym spotkał ojca powstałego z grobu - co się przecież kiedyś stanie, nigdy bym mu się nie przyznał że jestem jakimś tam profesorom, kłamcą i zakałą, przedmiotem pogardy dla uczciwych ludzi !) matek wszystkich nauk, filozofii. Zresztą nie wiem, czy ci dawali mi tego "profesora” sami nie byli jakimiś hochsztaplerami na tym hochsztaplerskim Warszawskim Uniwersytecie. Przecież wszystkie uniwersytety to moralny gnój (a szczególnie Uniwersytet Jagielloński ! Mówię, że jestem prof. filozofii ale marna to pociecha, jednakże pociesza mnie to, że bez filozofii nauka jest ślepa i jeśli coś tam bredzę trzymając się Arystotelesa, to już, pocieszam się, chronię odrobinę człowieczeństwa.
Ale tak jak kiedyś zdobyłem, uprawnienia nauczania wszystkich przedmiotów z zakresu szkoły średniej, tak swobodnie poruszam się po literaturze, psychologii, logice i medycynie. Pod tym względem może mnie Pan spokojnie uważać za profesora literatury polskiej i w ogóle każdej, nawet diablej literatury (śp. prof. Błoński dobrze to wiedział).
Wie Pan, nienawidzę używania tytułów naukowych, bo nędze i udawactwo, pokrywanie głupoty umysłu frazesami, w nauce humanistycznej może pojąć tylko ten co ją uprawia.
Ale niech Pan nie myśli, że w matematyce jest lepiej i że jest to nauka prawdziwa, nie pozbawiona kłamstwa. Otóż nie jest prawdą, że dwa razy dwa jest cztery. To sugeruje matematyka, ale tak nie jest ! Gdyby tak było, to nastąpiłaby natychmiastowa śmierć tzw. nauk matematycznych. Dwie prostopadłe na płaszczyźnie przecinają się, jeśli zastosować płaszczyznę jako zbiór punktów kulistych lub heksagonalnych. A tylko takie mogą wchodzić w rachubę z racjonalnym rozumowaniu szanującym nasze Cogito.
Panie Zygmuncie, jak jestem profesorem już nie UJ-u ani UW, czy innego przybytku ogłupiania, ja już jestem "starym profesorem". Kiedy byłem młody, wyrzucano mnie ze wszystkich gremiów naukowych z powodu nonkonformizmu i niezależności sądu, teraz na starość (jestem jak gen. Józef Longin Sowiński na okopach Woli), ktoś tam mi udzielił tego tytułu, co mi dokładnie wisi. Mój autorytet umysłowy nie polega na wymienianiu profesorskiego tytułu, ale na miażdżącej przewadze intelektualnej wobec adwersarzy. I albo oni w obliczu rozumnej publiczności uciekną z pola walki, przed jakością mojego etosu, bojąc się kompromitacji w oczach wykształconej publiczności, albo, z braku takowej będziemy się szarpać jak ten chłop z babą w "Golono-strzyżono" Mickiewicza.
Co do ostatniego wiersza, publikowanego tu, to jest "ewenemencki". Jest szczery w swojej poetyckiej "szczerości". Niewielu poetów takie wiersze pisze, bo się wstydzi; wstydzi się siebie, wstydzi się Boga, wstydzi się człowieczeństwa, wstydzi się ojczyzny, wstydzi się wszystkiego. (Pan da wiarę, że znam matematyków, którzy się wstydzą matematyki ! I znam lekarzy, którzy są na tyle zakłamani, że nie wstydzą się medycyny !)
Pan się nie wstydzi (poezji). Co zaś do Pana ostatniego wiersza to mam taką uwagę, że jednak kropla wiersza (w ostatnim wersie) "która spada na ziemię i zasypia", że jednak ona, Panie Zygmuncie, "nie zasypia". Bo poezja wiecznie czuwa, żeby ludzkość nie zamieniła się w stado kundli.
Pozdrawiam
Karol Zieliński
Kraków. 09.11.2011
_____***_____
Zygmunt Jan Prusiński
MODLITWA O SYNA...
Motto: "Każda kropla wiersza jest nam znana..."
- Jolanta Maria Butkiewicz -
Nie wiem która to epoka
i która jest godzina -
nie chcę wiedzieć.
Całuję twój dom w którym mieszkasz
i drzewa przed oknami,
i ptaki ze wschodzącym słońcem.
Nawet nie wiesz ile razy
spaceruję po różowej drodze,
myślenie moje jest jak oktawa.
Więc gram na fortepianie
o narodzinach syna Norwida,
a ty taka radosna jak błyskawica.
Odnoszę się delikatnym spojrzeniem -
dotykam twoje biodra - czujesz ?
Bo to jest kropla wiersza,
która spada na ziemię i zasypia.
9.11.2011 - Ustka
Środa 22:06
_______________________________________



Komentarze
Pokaż komentarze (166)