Krakowiaczek jeden Krakowiaczek jeden
276
BLOG

San Dona di Piave a sprawa ciszy wyborczej

Krakowiaczek jeden Krakowiaczek jeden Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 4

 

Po wydarzeniu, o którym z racji panującej ciszy nie mogę powiedzieć ani słowa, w wielu z nas zrodzi się pokusa sięgnięcia po alkohol.  Czy będzie to szampan, dobre wino czy nadająca się do opijania klęski „berbelucha” należy pamiętać, że alkohol to substancja szkodliwa dla zdrowia i może nawet prowadzić do powikłań w stosunkach międzynarodowych.

By to udowodnić, a jednocześnie przestrzec przed straszliwymi skutkami, które mogą się objawić dopiero w poniedziałek rano, postanowiłem przytoczyć fragment wspomnień  przedwojennego ministra, Kazimierza Ducha. Walcząc podczas I wojny światowej trafił On w okolice San Dona di Piave, gdzie musiał się zmagać nie tylko z przeciwnikiem lecz także z wielkimi kadziami na wino i niepoliczalną ilością butelek, którą CK Armia znalazła w tutejszych piwniczkach.

 "Z końcem marca wróciliśmy do pułku i aż do rozpoczęcia ofensywy czerwcowej pełniliśmy służbę na wałach rzeki Piave pod San Dona di Piave. W dniach wolnych wychodziliśmy do San Dona. Domy były zniszczone, a te które ocalały były zrabowane na wyekwipowanie okopów, przed nami w mieście byli tu Madziarzy, którzy w Klinice wypili nawet taki spirytus, w którym były przechowywane różne noworodki. Jeden taki golas długi czas siedział na stole marmurowym gdzie go posadzono, gdy wypito spirytus. 

W piwnicach domów San Dona każda kompania miała zarezerwowaną dla siebie kadź czerwonego wina. Z niej codziennie załoga otrzymywała fasunek. Najdłużej przetrwała kadź 6 kompanii, którą gospodarował rozsądny jej dowódca, por. Stanisław Dobrowolski, z zawodu agronom i zamiłowany hreczkosiej. Gdy dopili ją do dna, znaleźli na spodzie zakonserwowanego dobrze Węgra, który widocznie spił się zanadto czerpiąc wprost z beczki i utonął w niej, obciążony ładownicą z amunicją.

Służba w okopach była całkiem znośna. Mieszkaliśmy w dużym komforcie mimo iż byliśmy w okopach. Moja ziemianka miała wygodne łóżko sprężynowe pokryte wkładami z wełny, był stolik, stołki, szafa i lustro. W kącie był aparat telefoniczny. Ponieważ przed wzrokiem nieprzyjaciela byliśmy zabezpieczeni, można było swobodnie krążyć wzdłuż wału i odwiedzać sąsiednie ziemianki.

W ciągu dnia wychodziliśmy w tył odwiedzać rezerwę naszego batalionu. Okolica wyglądała ślicznie. Wszędzie widać było róże i inne piękne kwiaty. Miasto San Dona przedstawiało obraz ruiny. W ogrodach opanowanych willi żołnierze wykopywali często bu­telki z wspaniałym winem. Do oficerów docierały te butelki również. Poza tym do naszej żywności otrzymywaliśmy wino z intendentury. Ja nie wypijałem go, lecz gromadziłem liczne baterie flaszek pod moim łóżkiem do częstowania gorliwych w służ­bie podoficerów lub gości. Te odwiedziny gości były mi czasem uciążliwe, gdyż przychodzili koledzy już podchmieleni i chcieli, aby im dać popić więcej. Ja zaś wolny czas poświęcałem moim studiom prawniczym, by złożyć doktorat zanim skończy się wojna. Niestety niewola wojenna przeszkodziła mi w złożeniu wszystkich egzaminów. Teraz chciałem wolny czas wykorzystać, by powtórzyć materiał. Pijaków to bardzo denerwowało, iż uczyłem się. Często wykradli mi skrypty, które odnosili mi potem żołnierze, za co dostawali poczęstunek.

 Raz dostałem od kpt. Siwaka zaproszenie do dowództwa batalionu na czarną kawę, na którą przyszło kilku kolegów. Podawano tak dużo rumu, iż upiłem się na dobre. Oka­zało się, iż kpt. Siwak podał mój rum. Ppor. Karp posłał bowiem gońca do mojej ziemianki i polecił ordynansowi rzekomo w moim imieniu wydać 6 litrów rumu, który stał pod łóżkiem. Naiwny ordynans rum ten ku radości pijaków wydał kpt. Siwakowi.

Pod­chmieliwszy sobie, zapragnęliśmy postrzelać sobie do Włochów z działek piechoty por. Gizy, który miał ziemiankę obok dowództwa batalionu. Przy jednym działku stanął Siwak, przy drugim ja i zaczęliśmy kropić do Włochów na oślep. Po oddaniu kilkunastu strzałów rozległa się u Włochów olbrzymia detonacja. Gdyśmy przerwali ogień medytując co to mogło być, nadszedł telefon z dowództwa pułku z zapytaniem co to stało się. Z dowództwa dywizji wysłany został lotnik piechoty dla zbadania sprawy.

Siwak który wytrzeźwiał szybko, zatelefonował, iż w takim a takim punkcie zauważono wzmożony ruch nieprzyjaciela, co nasunęło podejrzenie, iż jest tam jakiś magazyn. O godz.l6 otworzono ogień z działek piechoty i magazyn ten wysadzono w powietrze. Zaledwie Siwak skończył rozmowę, Włosi otworzyli piekielny ogień odwetowy. Rozbiegliśmy się do schronów. Rezul­tat ognia był taki, iż porucznikowi Gizie zburzono ziemiankę. Zaczął lamentować, iż pijacy pozbawili go kwatery. W tej sytuacji Siwak na poczekaniu zredagował wniosek odznaczeniowy dla por. Gizy, jako iż strzelaliśmy z jego działek.

Ponieważ lotnik stwierdził, że istotnie jakiś włoski magazyn amunicyjny wyle­ciał w powietrze, dowództwo armii następnego dnia przysłało dla por. Gizy krzyż zasługi III kl. z mieczami. W ten sposób por. Giza uzyskał gratyfikację za utratą ziemianki i nagrodę za to iż dopuścił do swych działek piechoty dwóch pijaków, którzy akurat mieli szczęście. Jest rzeczą możliwą, iż wybuch ten nastąpił z innej przyczyny. Zajadły ogień odwetowy Włochów świadczy jednak, iż o wybuch ten do nas mieli pretensje. Por. Giza niezależnie od wszystkiego zasłużył jednak na odznacze­nie, bo to był bardzo waleczny oficer i tego odznaczenia jeszcze nie posiadał.

 

Podobnie jak Głumow ze sztuki A. Ostrowskiego "I koń się potknie" chciałbym być: zły i inteligentny. Ale niestety jestem chyba tylko "zły" - tak przynajmniej twierdzi mój były pracodawca. Zajmuję się różnymi niszowymi tematami i postaciami (np. Hieronimiem Boschem, Stanisławe Szukalskim czy słynna niegdyś kłodzką trucicielką - Charllotą Ursini). Interesuję się też oczywiście polityką i jestem taka typową sierotą po POPiSie.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Kultura