Dlaczego szkoła powinna uczyć gospodarowania pieniędzmi?
Przez lata szkolnej edukacji uczniowie poznają wzory matematyczne, a mimo to wielu z nich po ukończeniu szkoły nie potrafi obliczyć rzeczywistego kosztu kredytu, wysokości odsetek czy ocenić, czy dana oferta banku jest dla nich korzystna.
Nie chodzi o przygotowanie młodzieży do zarządzania przedsiębiorstwem. Chodzi o nauczenie prowadzenia własnego gospodarstwa domowego. O umiejętność planowania wydatków, oszczędzania i rozsądnego korzystania z kredytów.
Już w szkole powinny być omawiane takie pojęcia jak procent składany, RRSO, odsetki, debet, karta kredytowa, koszt całkowity kredytu czy konsolidacja zadłużenia. Nie w formie suchej teorii, lecz na przykładach z życia.
Równie ważne jest wyrobienie pewnych nawyków. Jednym z nich jest prosta zasada: kupuję tylko wtedy, gdy rzeczywiście czegoś potrzebuję albo naprawdę mnie na to stać. Promocja sama w sobie nie jest argumentem. Wielu ludzi kupuje rzeczy tylko dlatego, że trafiła się okazja. Kilka miesięcy później taki zakup leży nieużywany na dnie szafy.
Najważniejsza jest jednak umiejętność wyznaczania własnych granic. To nie bank decyduje, na jaki kredyt możemy sobie pozwolić. Bank decyduje jedynie, ile jest gotów nam pożyczyć. Odpowiedzialność za spłatę zawsze pozostaje po naszej stronie.
Brak podstawowej wiedzy ekonomicznej sprawia, że łatwo wpaść w pułapkę pozornie korzystnych rozwiązań. Dobrym przykładem jest konsolidacja kredytów.
Załóżmy, że ktoś ma kilka kredytów na łączną kwotę 50 000 zł. Do końca spłaty pozostały 4 lata. Bank proponuje konsolidację i przekonuje, że miesięczna rata będzie znacznie niższa.
Przy oprocentowaniu na poziomie około 10% rocznie sytuacja może wyglądać następująco:
obecne zadłużenie: 50 000 zł,
pozostały okres spłaty: 4 lata,
miesięczna rata: około 1 270 zł,
łączna kwota do spłaty: około 61 000 zł.
Bank proponuje nowy kredyt:
50 000 zł,
okres spłaty 10 lat,
miesięczna rata około 660 zł,
łączna kwota do spłaty około 79 000 zł.
Rata spada niemal o połowę. Klient jest zadowolony, ponieważ jego miesięczne obciążenie maleje o ponad 600 zł. Jednocześnie całkowity koszt kredytu rośnie o około 18 000 zł.
Bank reklamuje niższą ratę. Klient często nie zwraca uwagi na kwotę końcową.
To jednak dopiero początek.
Doradca może zaproponować dodatkowe ubezpieczenie. Formalnie dobrowolne, ale bez niego warunki kredytu okazują się mniej korzystne. Koszt polisy jest następnie doliczany do zadłużenia.
Może pojawić się również propozycja dodatkowej gotówki.
„Skoro i tak konsolidujemy kredyty, może dobrać pan jeszcze 10 tysięcy?”
W ten sposób człowiek, który miał wyjść z zadłużenia, zaciąga nowe.
Po konsolidacji często pozostają również aktywne karty kredytowe oraz limity w rachunku. Jeżeli nie zostaną zamknięte, po pewnym czasie klient może posiadać jednocześnie:
- kredyt konsolidacyjny,
- kartę kredytową,
- debet w koncie.
W efekcie jego zadłużenie może być większe niż przed konsolidacją.
Do tego dochodzą prowizje, koszty wcześniejszej spłaty starych zobowiązań i inne opłaty zapisane w umowach drobnym drukiem.
Aby nie było nieporozumień. Nie jestem żadnym finansowym geniuszem. Za swoją wiedzę zapłaciłem własnymi pieniędzmi. Była ona skutkiem błędów, naiwności i wiary, że skoro bank coś proponuje, to musi to być korzystne również dla mnie.
Teraz kilka banków regularnie zasypuje mnie ofertami kredytów. Nawet do wysokości... Nie będę podawał kwoty. Już teraz mam wystarczająco wielu nieżyczliwych. Po co zdobywać następnych?
Wyznaję dwie proste zasady.
1. Nie kupuję niczego na raty. Nie mam pieniędzy, to znaczy, że mnie nie stać. Rezygnuję.
2. Debet na moim koncie wynosi 0,00 . Żadnego minusa. Żadnego pożyczania pieniędzy, których jeszcze nie zarobiłem.
Tych zasad nauczyła mnie nie szkoła, lecz własne błędy. I właśnie dlatego uważam, że podstaw gospodarowania pieniędzmi powinno się uczyć znacznie wcześniej. Byłoby to znacznie tańsze niż nauka na własnych błędach.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)