A teraz z rzeczy lżejszych.
W tych dniach, po 10 latach sięgnąłem do eseju Alain’a Minc’a „Świat, który właśnie nadchodzi”. Poznałem tego autora we Francji w 1989 roku, gdy pod prowokacyjnym tytułem opublikował swoją „Europę:– wielka iluzja”. Jednoczący się kontynent nazwał wtedy Minc wielkim oszustwem. Przepowiadał zamknięcie się Stanów Zjednoczonych Ameryki na kontynencie pomiędzy Kanadą i Meksykiem, usiłowanie podtrzymania sowieckiej hegemonii w Europie i niemieckiego „Drang nach Osten” aż do Uralu.
Minc, to wielka postać francuskiej polityki i gospodarki. Jest on 65-letnim dziś synem żydowskiego emigranta, dentysty Józefa Minca z Brześcia Litewskiego, członka ruchu oporu we Francji i komunisty, który dzielnie bił się w czasie wojny po stronie sowietów. Po wojnie osiadł nad Wisłą. W 1968 roku był jednak zmuszony opuścić Polskę. Stąd może Alain Minc nie chce dziś słyszeć o swoim pochodzeniu. Odnoszę wrażenie, że szczerze nienawidzi Polski. Ukończył we Francji najlepsze szkoły, jest cenionym doradcą politycznym, prowadzi własną działalność gospodarczą. I jest niezwykle płodnym pisarzem. Ktoś wprawdzie zarzucił mu plagiat, ale ponad 30 książek to jednak znakomity dorobek pisarza. Jego esej o „Świecie który właśnie nadchodzi” to prognoza światowego rozwoju na najbliższe lata.
Według publicysty w najbliższych latach, niekwestionowanym królem świata nadal pozostanie Ameryka. Aby tak się stało, na naszych oczach jej elity ekonomiczne, polityczne i medialne zostaną jednak zastąpione przez amerykańskiego obywatela III generacji. Hindusi zastąpią w tym społeczeństwie Żydów, a Chińczycy białych anglo – saksońskich protestantów (wasps – white anglo – saxon protestant). Z Europejczyków utrzymają się na powierzchni jeszcze tylko potomkowie konkwistadorów. Podstawą dla takich przewidywań są dane demograficzne. W latach 1990 – 2000 ludność USA wzrosła o 13,6 procent. W tym czasie liczba ludności w Europie wzrastała aż cztery razy wolniej. Jeden na ośmiu obywateli USA urodził się poza stanami Ameryki. Minc twierdzi, że już w 1952 roku Harold Macmillan uważał Amerykanów za cudzoziemców, łacińsko - słowiańską miksturę, z domieszką kilku kropel krwi niemieckiej i irlandzkiej. Europejskie więzi Ameryki będą jeszcze może widoczne w postępowaniu hiszpańskiej diaspory, która w USA jest już zdecydowanie bardziej liczna niż na przykład populacja czarnych.
Czym silna jest Ameryka ?
Wiarą w Boga.
78 procent Amerykanów wierzy w stwórcę, a 30 procent bierze udział w obrządkach religijnych. Połowa z nich jest przekonana o istnieniu aniołów.
- Prymat rozumu ? – pyta ze szczyptą przekory Alain Minc – Nic podobnego – odpowiada. 30 procent Amerykanów chciałoby zabronić teorii Darwina jako sprzecznej z nauczaniem Biblii.
Po obu stronach Wielkiej Wody inna jest także wizja praw człowieka. Dotoczy to kary śmierci, prawa do przerywania ciąży, zagadnień bioetyki, granic wyznaczających postęp w dziedzinie nauk medycznych itd. W tych dziedzinach amerykański postęp i liberalizm jest w defensywie. Natomiast w Europie wszystkie siły polityczne łatwo ulegają liberalizmowi i kulturze w której królem jest indywidualizm.
Między Europą i Ameryką inne są dziś także sposoby formowania elit. Jeszcze przed 100 laty niedoścignionym wzorem były pod tym względem uczelnie Oxfordu, Cambridge, czy Heidelbergu. Dziś aż 8 z 10 najlepszych uczelni na świecie to uniwersytety w Stanach Zjednoczonych. Przyciągają one najzdolniejszych studentów z całego świata tworząc nową kategorię „luksusowych emigrantów”. W ciągu zaledwie 50 lat ilość zagranicznych studentów pomnożona została w USA przez 17-cie. Połowa studiujących w Ameryce młodych ludzi spośród 800.000 osób pochodzi z Chin oraz Indii. Po studiach, ponad 80 procent tych najlepszych zostanie już na zawsze w Ameryce. A ci, którzy wrócą do Chin, czy Indii, będą najlepszymi ambasadorami USA w swoich krajach, gdzie zajmą z czasem najważniejsze stanowiska w rządzie, w przemyśle, handlu i usługach. Utworzą oni na brytyjską modłę old boys networkf, coś w rodzaju lobby byłych studentów amerykańskich uczelni. To dzięki nim azjatyckie fabryki narzucać będą amerykański styl życia miliardom Azjatów. Cały świat pić więc będzie coca cola i nosić jean’s oglądając w kinach i telewizji hollywoodzkie gnioty zajadając big mac.Minc nazywa Amerykę „technologicznym silnikiem planety”.
Czy jest w tym wszystkim jakiś pierwiastek imperialnej polityki amerykańskich przywódców?
Nic z tych rzeczy. Amerykanie nie mają ani takich ambicji, ani elit, ani środków aby osiągnąć cel, ani takich umiejętności. Zdaniem autora pojęcie imperializmu jest także sprzeczne z amerykańską kulturą. Nawet gdy prowadzone są zakrojone na szeroką skalę operacje militarne, najpopularniejszym hasłem Ameryki jest GI’s at home - do domu.
Dwie trzecie członków izby reprezentantów USA nie ma paszportów. Z ich perspektywy Europa jest bowiem mało znaczącym, odległym, peryferyjnym stanem bez perspektyw i nie warta jest dyplomatycznych podróży i zabiegów. Unia europejska ze stolicą w Brukseli jest dla nich klubem zrzeszającym znudzonych członków Starego Kontynentu. Europa jest dla amerykańskiego polityka szwajcarskim kantonem w nieco większej skali, a europejscy przywódcy w hierarchii wartości nie znaczą dla nich więcej, niż afrykańscy satrapowie lub szefowie helweckiej konfederacji.
Złotówka w dobie Tuska może więc prężyć nadal swoje muskuły przeciwko dolarowi, a Komorowski może w wigwamie Obamy pilnować cnoty jego kolorowej małżonki gdy przywódca USA wybierze się znowu na wojenną ścieżkę przeciwko mącicielom pax americana. Jerozolima może stać się 51-ym stanem Ameryki. Ba, Artur Szpilka może nawet 25 stycznia dać po pysku Bryant’owi Jennings’owi. A mimo to Stany Zjednoczone Ameryki Północnej nadal przewodzić będą jeszcze Europie i światu. Jak długo? Czy norm demokracji nie będzie się trzeba niedługo uczyć w Pekinie? Jaki model wolnej konkurencji zaproponują światu hindusi? O tym może napiszę następnym razem...


Komentarze
Pokaż komentarze (4)