Rano – kościół. Lubię niedziele zaczynać od Mszy świętej. Moim parafialnym kościołem jest ten pw. Wniebowstąpienia Pańskiego na warszawskim Ursynowie. Byłem przy jego powstawaniu i trwam przy nim, choć czasem, jak mam dość kiepskich homilii księży diecezjalnych, jadę do oo. Dominikanów na Służewie (polecam!). Od czasu do czasu (co kilka lat) Kuria przysyła jakiegoś pojedynczego, sensownego duchownego. Tak było wtedy, gdy kościół powstawał (ten materialny i ten duchowy), tak jest i teraz. Pojawił się w parafii nowy proboszcz (stary – budowniczy kościoła został rezydentem) i trzech nowych księży. Jeden z nich to Włoch, bardzo dobrze mówiący po polsku, o ciekawej przeszłości (zanim został księdzem był geodetą, a także instruktorem spadochronowym we włoskich siłach zbrojnych, nieobce mu są sporty ekstremalne).
Po południu rozpocząłem przedwyjazdowe pakowanie. Do wieczora udało mi się skompletować apteczkę (leki, które biorę codziennie, a także takie na wypadek przeziębienia, kłopotów gastrycznych, czy drobnych urazów) i sprzęt fotograficzny (m.in. trzy aparaty, obiektywy, statyw). Jutro dalszy ciąg pakowania i przygotowanie auta do jazdy.
A więc do jutra!
PS. Korzystając z ładnej pogody udało mi się namówić moją żonę – Mariannę na małą sesję zdjęciową w jej ogrodzie przed naszym domem na Ursynowie. Powyżej próbka zdjęć.




Komentarze
Pokaż komentarze