22.55? To już kpina. Dwie komisje wyborcze - jedna w Warszawie i jedna w Gdańsku - przedłużyły głosowanie do takiej mniej więcej pory. Dwa obwody wyborcze, liczące w sumie zapewne 5 tysięcy uprawnionych. Kilkanaście setnych promila elektoratu.
Państwowa Komisja Wyborcza twierdzi, że nie miała wyboru. Nie zgadzam się. Znowu przejrzałem cała ordynację i zaraz spróbuję dowieść, że to nieprawda.
Zaczynamy: artykuły 86 i 86 precyzują, czego nie wolno robić w ciszy wyborczej, np. publikować sondaży ani przybliżonych wyników. Oba też definiują ciszę jako okres od zakończenia kampanii (24 godz. przed dniem głosowania) do zakończenia głosowania.
Głosowanie wg art. 59.1 odbywa się w ciągu jednego dnia, bez przerwy, między godziną 6.00 a 20.00. Ust.2 dodaje: za granicą głosowanie odbywa się między godziną 6.00 a 20.00 czasu miejscowego. Jeżeli głosowanie miałoby być zakończone w dniu następnym po dniu głosowania w kraju, głosowanie przeprowadza się w dniu poprzedzającym.
To ważne: zatem dotąd, choć trwało głosowanie choćby w Londynie, cisza w Polsce wygasa o 20.00! PKW źle interpretuje art. 64 ordynacji mówiący: Gdyby wskutek nadzwyczajnych wydarzeń głosowanie było przejściowo uniemożliwione, obwodowa komisja wyborcza może zarządzić jego przedłużenie...
Londyn czy Gdańsk, wszystko jedno. Jasne jest, że cisza trwa do 20.00. PKW może ją przedłużyć z powodu przedłużenia głosowania w którymś obwodzie, ale nie musi.
Synteza: głosowanie w niektórych lokalach może trwać legalnie po 20.00 czasu polskiego, czy to na mocy art. 59.2, czy 64.1. Jeśli pierwszy przypadek nie przedłuża ciszy, a drugi każe przedłużyć, to PKW musi dowieść, że Polak w Gdańsku dowie się za dużo, gdy cisza wybrzmi, a Polak w Dublinie się nie dowie.


Komentarze
Pokaż komentarze (39)