Od rana sterczałem pod Pałacem Prezydenckim, a od półtorej godziny w środku. Czyli w sali kinowej, odległej od saloniku spotkań o może 30 m. Ale my się stąd ruszyć nie możemy. Kolejni goście prezydenta nic tu nie powiedzą. Centrum informacji to Sejm, tam będą się wypowiadać po powrocie. To jedno z najmniej wdzięcznych zadań dla dziennikarza - teoretycznie stoję pod latarnią, ale właśnie tu jest najciemniej.
Donald Tusk przyszedł punktualnie, piechotą. Wóz zostawił opodal. Okazało się, że ani on, ani jego kierowca nie wiedział, iż tej nocy zamknięto dla ruchu ostatni czynny dotąd odcinek Krakowskiego Przedmieścia. Dojechać można, ale z innej niż dotąd strony. Z tłumem dziennikarzy pod Pałacem nie chciał rozmawiać. Nam w środku pozwolono stanąć 15 metrów od wejścia. Nie próbowałem Tuska zagadywać, ani tym bardziej zawoływać, bo szedł w obstawie swego asystenta, Piotra Targińskiego, z którym stosunki nie układają mi się dobrze. Za to mam zdjęcie, które zatytułuję W marszu po władzę. Dostanę za nie drugiego w dziejach Polski Pullitzera. BTW, pamiętacie, kto, kiedy i za co dostał (zbiorowo) pierwszego?
Tusk spędził w Pałacu 67 minut, a tymczasem jego kierowca znalazł drogę na dziedziniec. Szef PO wyjechał więc samochodem, przy dziennikarzach na zewnątrz się nie zatrzymał. Radiowcy, którzy próbowali zajrzeć przez szybę, mówią, że miał wielce przerażoną minę - jakby usłyszał lub zobaczył coś porażającego np. na temat Radka Sikorskiego. Nie widziałem, więc tylko odnotowuję cudze opinie.


Komentarze
Pokaż komentarze (68)