Jan Ołdakowski został w swoisty sposób nagrodzony za upór. W muzeum nie wziął urlopu, mandatu posła nie złożył, a marszałek Sejmu już oficjalnie zapowiedział, że nie wygasi mu mandatu, dopóki Sejm nie znowelizuje odpowiednich ustaw.
Od początku sprawy broniłem Ołdakowskiego (choć tylko z czysto formalno-prawnego punktu widzenia) i apelowałem do marszałka o rozsądek. Powinienem się więc cieszyć. Ale nie zmienia to faktu, że Bronisław Komorwski okrutnie namotał.
Co mają teraz zrobić inni pracownicy samorządowych placówek kulturalnych, którzy na wezwanie marszałka do minionego piątku wzięli urlopy? Anulować je teraz? A może są tacy, którzy już zrzekli się mandatu? Dlaczego kancelarie Sejmu i Senatu nie publikują list tych, których konflikt staniowisk dotyczył, wraz z informacją o ich decyzjach?
Pisząc poprzedni post nie wiedziałem, że marszałek godzinę później zwoła konferencję, na której wycofa się z niemądrego pomysłu odwoływania się do TK. Na konferencji nie mogłem być oczywiście, bo mój zakład skierował mnie do innych odpowiedzialnych zadań. Żałuję ogromnie, bo nie padły też inne pytania, które cisnęły mi się na usta po kilku dość tajemniczych i ogólnikowych deklaracjach Komorowskiego.
Powiedział m.in., że wbrew dotychczasowym doniesieniom obaj marszałkowie minionej kadencji, Marek Jurek i Ludwik Dorn, byli podobnego co on zdania w sprawie zakazu łączenia funkcji w samorządowej kulturze z posłowaniem. Dał do zrozumienia, że w 2005 Jurek wymógł na pośle PO Jerzym Fedorowiczu rezygnację z pracy - natomiast dla Ołdakowskiego, posła PiS, uczynił wyjątek. To są poważne zarzuty.
Próbowałem się dziś skontaktować z Jurkiem i Dornem, ale bez efektu. Nie siedząc w Sejmie nie mam szans sprawy wyjaśnić. A innym się chyba nie pali.


Komentarze
Pokaż komentarze (80)