Sprawa Radka Sikorskiego praktycznie zamknięta: w piątek dostanie nominację na szefa MSZ. Na krajowym rynku przycichnie, bo wątpię, by rychło pojawiły się przecieki. Ale z zagranicznego punktu widzenia - dopiero się zacznie.
Dokądkolwiek Sikorski się uda, będzie przyjmowany z przekąsem: oto szef dyplomacji, reprezentujący RP, o którym prezydent RP daje do zrozumienia, że coś z nim nie tak. Co - nie wiadomo, może tajemnic nie trzyma, może z obcymi służbami się zadaje albo zjawiwszy się w Waszyngtonie myślał, że to Sezam Ali Baby, a rozbójnicy spią.
Sikorski zarzucił Kancelarii Prezydenta brak profesjonalizmu. Łagodnie powiedziane. Każdy odpowiedzialny polityk na miejscu Lecha Kaczyńskiego wątpliwości, gdyby je miał, wyraziłby dyskretnie na spotkaniu z premierem-elektem. Ten mógłby rozważyć, czy zarzuty są poważne, a nawet uznawszy, że nie są - wycofać się z nominacji dla dobra przyszłej współpracy obu urzędów. Rzecz wydałaby się około 2040 roku.
Upubliczniając sprawę prezydent RP popełnił błąd podwójny. Po pierwsze sam skreślił szanse na skuteczność swego sprzeciwu (jeśli w ogóle chciał takiej skuteczności). Po drugie utożsamił rację PiS z racją stanu - może zyskał w oczach części opinii publicznej (owych 5 mln głosujących na PiS) jako twardy obrońca IV RP, ale naraził na szwank wiarygodność Polski i jej przyszłego ministra. To nie opinia, to goły fakt.
Trochę szkoda, że ten wątek wszystkim umyka, bo ciekawsza wydaje się zgadywanka, co też Donald Tusk usłyszał od prezydenta i po co obecny był przy tym szef Służby Wywiadu Wojskowego, skoro wg Tuska milczał.


Komentarze
Pokaż komentarze (114)