To był epokowy kompromis. PO, PSL, PiS i SLD dogadały się w sprawie PITu. Sejm RP niemal jednogłośnie przyjął ustawę o podatku prolinioworodzinnym z trzema kwotami wolnymi. Wydawała się spełniać warunki, które wcześniej postawił prezydent.
Czas mijał, Pałac milczał. W przeddzień terminu decyzji prezydenta jego rzecznik zwołał dziennikarzy. Trzymając w ręku plik papierów zawołał oburzony: - Tu jest kleks!
Rząd powołał specjalną komisję, która w nocy wykluczyła możliwość powstania kleksa na etapie legislacji i zarzuciła Kancelarii Prezydenta niedbałość lub fałszerstwo. Ale rano rzecznik prezydenta pokazał ekspertyzę niemieckiego Bohomazeninstitut, który uznał, że kleks jest wyraźny i nosi charakterystyczne znamiona parlamentarnej hucpy.
Prezydent zwrócił się do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie, czy Konstytucja daje Sejmowi prawo przesyłania do podpisu ustaw z kleksem. Po zleceniu dwóch tuzinów ekspertyz i półrocznym procesie TK uznał, że nie sprawy rozstrzygnąć nie może, gdyż ustawy nie definiują pojęcia kleksa. Zalecił Sejmowi uzupełnienie tej prawnej luki.
Rok później, w trzecim czytaniu projektu ustawy o kleksach, Sejm został zerwany. PiS i część SLD wyszły z sali, gdy koalicja oddaliła poprawkę uzależniającą kleksowość kleksa od jego cech narodowych, prospołecznej postawy i zgodności z polską racją stanu. W wyborach elektorat postawił kleksa na kartkach partii uwikłanych w kleksospory.
Dedykuję Lechowi Kaczyńskiemu, Misiowi Kamińskiemu, Radkowi Sikorskiemu, Piotrkowi Paszkowskiemu i innym kleksomanom.


Komentarze
Pokaż komentarze (52)