Jeśli istotnie zdarzy się, że prof. Aleksander Wolszczan zostanie jutro noblistą, pojawi się pewnie w Salonie wiele postów sugerujących właściwy stosunek emocjonalny do tego wydarzenia. Witold Jarzyński już zapowiedział, że się ucieszy.
Oświadczam tedy zawczasu, że w moim stosunku do astronoma, który nie wstydzi się, że był TW - niewiele się zmieni. Jego dorobek i jego odkrycia pozostają. Przetrwały ujawnienie współpracy, przetrwają i Nobla.
W moim stosunku do komitetów noblowskich też niewiele się zmieni: od dawna uważam, że podejmują one decyzje stricte polityczne. Dotyczy to zwłaszcza nagrody pokojowej i literackiej, ale czasem także nagród w sferze nauk ścisłych.
Od biedy przyjmuję argument dotyczący dzisiejszych Nobli medycznych - trzeba było czasu, by wyjaśnić, kto właściwie tego wirusa HIV wynalazł, by nagrody nie dostał jakiś nieuk. Dwie dekady zeszły i Noble są. Nie zmienia to faktu, że to klasyczne Noble z zamrażarki - ktoś kiedyś czegoś dokonał, ale komitet czekał na "właściwy moment".
Jeśli prof. Wolszczan zostanie teraz uhonorowany, najzagorzalszy przeciwnik lustracji będzie musiał przyznać, iż polityczne motywacje przyznania nagrody 19 lat po najważniejszym odkryciu - ale parę tygodni po wybuchu w Polsce afery wokół przeszłości profesora - muszą być co najmniej brane pod uwagę. Będzie to eufemizm, bo IMHO będą widoczne jak na dłoni.
Morał? Żaden. Poza tym może, że Noble się same dewaluują. Trudno mi więc orzec, czy wykrzesam z siebie coś ponad wzruszenie ramionami.


Komentarze
Pokaż komentarze (32)