Boisko nie nadaje się do gry, a sędzia kalosz - tak mógłby JohnMcCain tłumaczyć wnukom, czemu przegrywa kampanię prezydencką. Publicznie nie może, choć coś na rzeczy jest. Ale tak bywa w polityce.
Do końca meczu miesiąc. Barrack Obama prowadzi ze 2:0, choć nie oddał ani jednego groźnego strzału. Raz kopnął w stronę bramki rywala, ten się akurat poślizgnął na krachu hipotecznym i wiatr giełdy dopełnił dzieła. Gol drugi, samobójczy, to robota zastępczyni McCaina, która była wprawdzie brutalnie atakowana przez media, ale sędzia-Internet to olał.
Od października Obama broni własnej połowy boiska i czeka na okazje do kontry. Ale przede wszystkim dba, by nie ryzykować, nie popełnić błędu. Stąd nuda i nikła szansa na zmianę wizerunku kampanii dwóch miernot.
Po trzech debatach tv jest już pełna tabela oglądalności wg Nielsena. 52 mln oglądały 1. starcie Obama-McCain, drugie - 63 mln. A boks zastępców - Sarah Palin i Joe Bidena- 70 mln! Jak to wyjaśnić? Chyba tylko tak, że spory Obama-McCain oglądają ci, którzy przy okazji wyborów prezydenta czują potrzebę, by zaliczyć show wprawdzie, ale polityczny. Zastępcy - to miało być w tym roku coś innego. Reality show i horror zarazem.
Palin, tydzień po fatalnym wywiadzie, szła ponoć na pożarcie, na dodatek w aurze skandalistki po aferce z córką. Tu nie chodziło o racje. Ludzie zasiedli przed TV by zobaczyć walkę gladiatorów i finał, którym wg wielu miała być polityczną śmierć Palin. Biden miał rozerwać ją na strzępy, lecz nie jednym kłapnięciem szczęk rekina: powoli, kęs po kęsku, wymuszając niemal erotyczny, intelektualno-polityczny striptease rywalki.
Nic takiego się nie zdarzyło. Notowania kandydatów po tamtej debacie się nie zmieniły. Zatem to nie wyborcza atrakcyjność Palin (ani tym bardziej Bidena), lecz nadzieja na show ściągnęła widownię, jakiej nie osiągnęli - i może już nie osiągną - panowie Obama i McCain.


Komentarze
Pokaż komentarze (47)