Tomasz Arabski nie był dla mnie przekonujący, gdy na poły milcząc, nie potwierdzając i nie zaprzeczając, próbował ogłosić, że znaczną część półgodzinnej, zakończonej fiaskiem rozmowy prezydenta z premierem wczoraj wieczorem zajął temat Lecha Wałesy.
Jeśli jednak tak było, mogłoby to wyjaśniać, dlaczego Lech Kaczyński chciał być w Brukseli: po to, by zgłosić veto wobec propozycji Felipe Gonzaleza, by wśród 12 mędrców tworzących kształt przyszłej Unii Europejskiej znalazł się Wałęsa właśnie (gdy pisałem o tym parę godzin wcześniej, nie wierzyłem, że o to mogłoby chodzić w tym sporze).
To jedna z nielicznych spraw, w których ten szczyt ma o czymś zdecydować - jeśli nie będzie sprzeciwu, klamka zapadnie; jeśli będzie, Gonzalez będzie szukał dalej. Pomysł Gonzaleza jest zabawny i trudno się z nim identyfikować. Byłoby jednak lekką paranoją, gdyby to Polska zgłosiła formalny sprzeciw. Jeśli taka była intencja prezydenta, rzuciłoby to nowe światło na meritum sporu o skład delegacji.
Co wszakże w niczym nie zmienia żenady związanej z metodami walki rządu.


Komentarze
Pokaż komentarze (64)