Wszystko, co powiem, może byc użyte przeciwko mnie. Jestem świadom, że jeśli ten post wywoła jakieś zainteresowanie, to tylko dlatego, iż jedni dostrzegą w nim michnikowszczyznę, inni zaś - atak na Wyborczą.
Moja motywacja jest jednak przyziemna. To efekt rozmów na wczorajszej imprezie - o świadomości historycznej ludzi urodzonych w latach 70., 80., późniejszych. Efekt smutnej konstatacji - nasze dzieci nie wiedzą, czemu tata czy wujek za PRL-u siedzieli w więzieniu. Szkoła nie dostarcza o tym nawet minimum wiedzy, bo zwykle dociera do II wojny i czas się kończy.
Tym bardziej trudno sądzić, by szerzej znane były realia stalinowskich więzień. Lead eseju Adama Michnika o Kazimierzu Moczarskim brzmi:
Kazimierz Moczarski, żołnierz AK zamknięty w celi z hitlerowskim zbrodniarzem Stroopem, mógł wziąć odwet na przeklętym wrogu - poniżać go i upokarzać. Wolał rozmawiać.
To tylko chwyt retoryczny, ale trochę chybiony. Bowiem Moczarski nie mógł ot tak poznęcać się nad Stroopem. Możliwa była sytuacja odwrotna. Jak wynika ze wspomnień więźniów politycznych lat 40. i 50, niemal regułą było umieszczanie AK-owców w jednej celi z hitlerowcami. Ale to mało!
Regułą było też, iż władze więzienne Niemców czyniły funkcyjnymi. Choćby celowym, który zlecał, kto ma myć kibel itd. Miał dodatkowy przywilej: mógł brutalnie karać nieposłuszeństwo, z pomocą strażników. Szczegół, ale pomagający zrozumieć czasy. W tym pomógł mi trochę mój ojciec.
2 041 041


Komentarze
Pokaż komentarze (85)