PRLowscy cinkciarze byli chyba niezłymi analitykami. Przynajmniej na własny użytek, bo kursy musieli oferować konkurencyjne, w zysku uwzględnić łapówki dla SB, MO, od czasu do czasu - wpadki, konfiskatę kasy, odsiadkę.
Dziś czytam opinie fachowców o dołującym złotym i szlag mnie trafia. Wszyscy jak mantrę powtarzają, że spada złoty, bo rośnie dolar. Zaden nie zająknie się, czemu złoty traci też do słabnącego euro.
Wszyscy mówią o mityczym traktowaniu Polski przez zachodnich inwestorów jako części regionu, do którego stosuje się te same reguły. Rzekomo to węgierski forint ciągnie w dół cały region. Dlaczego czeskiej korony to prawie nie dotyka?
Tragedii nie ma. Opinii o zawyżonym kursie złotego latem nie brakowało, więc dziś słabnąca polska waluta zamortyzuje przynajmniej częściowo kłopoty eksporterów wynikające z nadchodzącej recesji. Być może nie da się zrozumieć, co właściwie dzieje się ze złotym. Ale jeśli tak, to po co to mydlenie oczu forintem?
Trochę wszakże statystycznie zbiednieliśmy. W lipcu średnia płaca przekroczyła 1000 euro. W przyszłym tygodniu może spaść poniżej 1000 dolarów... 2 067 367


Komentarze
Pokaż komentarze (15)