Wióry lecą, stół się chwieje, sondaże dowodzą, że 28% Polaków odwróciło się w ostatnich 20 latach od okrągłego stołu - lub przynajmniej twierdzą, że się odwrócili. A moja ulubiona Kaska Pyzol twierdzi, że delegację "S" do OS powinien był wyłonić zjazd "S" zwołany po jej relegalizacji. "Tylko mi nie mów, że to było niemożliwe" - żąda.
Pyzolku, podobno wszystko jest możliwe. Pytanie o szanse. Bardzo wiele wskazuje na to, iż czerwony wymyślił sobie w 1988, iż może mu się opłacić zgoda na reaktywację "Solidarności" - najlepiej w jakimś ograniczonym zakresie - w zamian za uwikłanie związku w rządzenie. To mogło bowiem oznaczać przekreślenie autorytetu przywódców "S", czyli tego, co było dla czerwonego jedynym realnym zagrożeniem. Innymi słowy, czerwony nie dopuszczał kolejności: najpierw "S", potem OS, choć "Solidarność" ostro o to zabiegała. O czym zresztą - z punktu widzenia czerwonego - ten stół miałby wtedy być?
Myślę, Pyzolku, że było to niemozliwe lub niemal niemożliwe. Ale ważniejsze, że byłoby to bezsensowne. Oznaczałoby swoiste votum nieufności dla ludzi, którzy ciągnęli "S" w czasach podziemia - czasach, gdy coś za to groziło. Oznaczałoby, że związek natychmiast zdominowaliby krzykacze, odważni wtedy, gdy już bać się nie ma czego. A cóż za pole do popisu dla SB!
Demokrację w RPA wynegocjował z białymi Nelson Mandela. Nikt nie krzyczał, by Afrykański Kongres Narodowy najpierw, po relegalizacji, wyłonił demokratycznie nowe władze, które dostaną mandat, by siąść do rozmów z rządem. Tak już jest. Dlatego sądzę, że kolejność: najpierw OS, potem legalizacja "Solidarności" - była trudna do uniknięcia, zaś zmianom w Polsce w niczym nie zaszkodziła.


Komentarze
Pokaż komentarze (86)