Na czym to polega? Dlaczego SLD i PSL po ciężkich klęskach nie idą w ślady takich niedawnych efemeryd, jak BBWR czy ChD Lecha Wałęsy, jak nawet AWS, czy Polska Partia Przyjaciół Piwa? Które po klęsce dyskretnie znikały, rozwiązując struktury i trzy na krzyż umowy wynajmu lokali?
Są chwile, gdy myślę, że właśnie w owych lokalach tkwi tajemnica. SLD i PSL mogą wpaść w każdy dołek i nawet chwilowo zniknąć z oczu ogółu wyborców. Ale działaczowski trzon chroni się we własnych biurach, oddziedziczonych po rzekomych przodkach i z PRL. Metrów kwadratowych w bród, podnajemcy płacą, jest więc z czego sfinansować cierpliwą odbudowę struktur, a z czasem i popularności.
Trzeba było w 1989 czy 1990 r. zastosować opcję zerową w politycznych nieruchomościach. Uznać, że wszystko, co PRL nadała organizacjom społecznym, nadane zostało bezprawnie. I objąć tym przepisem bez wyjątku wszystkich - trudno, także Solidarność czy SDP. Poradziłyby sobie, a startując do życia politycznego w nowej Polsce wszystkie partie miałyby równe szanse.
Można było wtedy zrobić to i parę innych pożytecznych rzeczy. Tak się nie stało. Próbuję się pocieszać, że moja pesymistyczna teoria o partyjnym uwłaszczeniu nie jest całkiem prawdziwa. Gdyby była, potęgą byłoby dziś nadal także SD - przynajmniej jeszcze niedawno właściciel wspaniałego pałacu na tyłach Nowego Światu w Warszawie. SD potęgą nie jest, więc na szczęście nie tylko w murach tkwi siła.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)